jedna czterdziesta druga kobiety

Kobiety-sukienki, kobiety-tuniki, kobiety-szminki
Kobiety-perfumy, kobiety-pigułki, kobiety-dziewczynki

Kobiety-włosy, kobiety-paznokcie, kobiety-iphony
Kobiety-wtyczki, kobiety-ekrany, kobiety-neony

Kobiety-cycki, kobiety-usta, kobiety-stonogi
Kobiety-sklepy, kobiety-domy, kobiety-ostrogi

Kobiety-planety, kobiety-komety, kobiety-rakiety
Kobiety-kanony, kobiety-hormony, kobiety-neurony

Kobiety-ryby, kobiety-piły, kobiety-fiszbiny
Kobiety-ostrygi, kobiety-perły, kobiety-bursztyny

Kobiety-czeki, kobiety-banki, kobiety-rogi
Kobiety-stringi, kobiety-matki, kobiety-blogi

Kobiety-pończochy, kobiety-torebki, kobiety-aktorki
Kobiety-szpilki, kobiety-pacynki, kobiety-norki

Reklamy

Londynia po północy

she’s a thriftstore diamond
secondhand junkie queen
dressed with rags my private
shiny eyed glass figurine

Dziś około szesnastej czasu Grynicz, spojrzałam wokół. Zezem zbieżnym objęłam całokształt kawiarenki. Wszyscy mówili z pełnymi ustami po francusku i pokazywali niegrzecznie palcami białe plamy na googlemapie. Próbowali zlokalizować Rive Gauche. Z piątego piętra Tate Modern widać było długo, długo nic. To był piękny widok. Nieco niżej, sterczały w równych szeregach marniutkie korony brzózek. Gdy śni ci się brzoza to… na pieniądze. Śpij. Kilka dni temu był niezły korek w brytyjskim powietrzu,aż moja poranna owsianka struchlała.  Na samym dole niczego migotały światełka choinkowe i czarnoksiężyła papa na dachach odświętnych bud z grzanym winem i kiełbachą.
Był też facet w białym podkoszulku, który umiał zrobić wszystkie pompki! Widziałam na własne oczy. Nawet się nie spocił. Zeszłam na balkon poniżej i zapytałam jednego z francuskich topografów, czy mógłby mi zrobić zdjęcie na update’a. Odpowiedział, że chętnie. Podałam mu aparat, ostrzegłam, że ma być ostre, bez filtra i wyskoczyłam przez balkon. Z dołu zawołałam.
-Mamy to?
-Putain de merde!
Odburknął i rzucił moim aparacikiem o South Bank. Z tego właśnie powodu dziś nie będzie update’a.  Pieprzone żabojady. Nie potrafią złapać ostrości na performans.
Leżałam przez chwilę na wznak pokoju i patrzyłam na ciągłą, podwójną linię na niebie. Dokładnie taką samą jak ta, która snuje się za ogonem rozpędzonego samolotu. Z pewnością symbolizowała jakiś zakaz. Zakaz wyprzedzania na niebie? Linia stopniowo rozpuszczała się w błękicie, jak mleko w angielskiej herbacie. Nagle poczułam potrzebę mocniejszych wrażeń. Szybszej jazdy w kierunku przeciwnym, z możliwością przecięcia ciągłej podwójnej w dogodnym dla mnie miejscu.
Pozbierałam się zwinnie z zadziwiająco zielonego trawnika. Otrzepałam mój elegancki długi, czarny płaszcz  z resztek lotu. Poprawiłam czapeczkę z tak modnych w tym sezonie cekinów i poszłam na Borough Market. Na fejsbukowym pejdżu mają czterdzieści pięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt osiem lajków (w tym mój). Nie uwierzycie! Wszyscy z 45 368 lajkarzy byli tam dziś jednocześnie.
Między szesnastą, a siedemnastą czasu Grynicz. Nie byli już właściwie tłumem. Poruszali się bez ruchu. Płynęli w miejscu, jak zastygła rzeka. To był prawdziwy mur, zbudowany z ludzkich ciał.
W powietrzu unosił się niesamowity i złożony aromat. Pieczone jabłka i kiełbasa, rozgrzany karmel i zimny zapach świeżych ryb. Chleb i korek od wina. Lekki zapach rozkładającego się ciała i duszy.
Kurz z trotuaru i kawa z Monmouth Coffee. Kokieteryjny bukiet słodkich perfum na szyjach radosnych Włoszek i piżmo spod moich polpach. Dziś po raz pierwszy w życiu przeszłam przez prawdziwy mur. Now, you can call me Madame Dutilleul.
Londyński dzień po drugiej stronie muru był prawie identyczny z tym, który zaczął się wiele godzin temu nad ranem. Światło naturalne zostało w całości wyparte przez znacznie piękniejsze światło latarni i witryn sklepowych. Zamknęłam oczy, uniosłam ramiona i w trymiga znalazłam się w Camden Town wśród wariatów. Wszyscy mówili po włosku i uśmiechali się do sera Cheddar. Leżał na ladzie kramu z serem. Na drewnianym szyldzie widać było podziurawiony napis National Cheese Emporium oraz wizerunek szarej myszy z ogromnymi przednimi zębami i kawałkiem Emmentalera w przednich łapkach. Mysz wyglądała właściwie, jak wcinająca żółty ser szara wiewiórka.
-I want to buy some Cleese!
Oświadczyłam sprzedawcy.
-‘Oh, I thought you were complaining about the bouzouki player.’
Odparł sprzedawca i zignorował mnie.
-‘Ah. Stilton?’
Cisza.
-‘Emmental? Gruyère?’
Cisza i zgiełk.
-‘Any Norwegian Jarlsberger, per chance?’
Mysz z szyldu wyszczerzyła nieprzyjaźnie dwa, przednie zęby. Na końcu języka miałam Liptauer, gdy ktoś złapał mnie za rękę i pociągną w górę.
Był to czarny anioł. Piękny, młody, czarny anioł bez skrzydeł. Poruszał się z gracją i bez ograniczeń, we wszystkich kierunkach. Miał na sobie czarne powiewne szaty, skrojone na miarę przez dwóch lub trzech japońskich krawców, czarne buty o nadmuchanych helem podeszwach i intrygujący lateksowy berecik z antenką. Długie, jedwabiste włosy do pasa zrobione były z prawdziwego jedwabiu. Płynęły w powietrzu za aniołem.
-Dokąd lecimy aniele?
Zapytałam w locie.
-Do Charity shopu po kieckę.
I tak też zrobiliśmy. Wciśnięta w nowiutką, rozpadającą się w dłoniach ze starości czarną sukienkę z delikatnej żorżety i koronek, stanęłam z powrotem stopami na twardej ziemi. Anioł też stanął. Miał dosyć fruwania nad głowami przechodniów. Wielu z nich niosło ostro zakończone choinki, które zahaczały o jego szaty.
-Pierdolę święta.
Powiedział nieraz anioł, podirytowany. To było wcześniej. Teraz, patrzył na mnie z zachwytem, mimo iż wyglądałam, jak wielgachna, podstarzała lalka w sukienusi do kościstych kolanek.
– Teraz, jesteś gotowa.
Szepnął i zaciągnął mnie do jakiejś nory. Niestety, nie była to futurystyczna nora Cyberdoga. Trzypoziomowa i pełna fosforyzujacych z podniecenia cyberfallicznych szpejów. Szkoda. Nora, którą szliśmy nieco zgarbieni wypełniona była ciepłym powietrzem i szumem przejeżdżających przez nią pociągów. Wkrótce, znaleźliśmy się przy jednym z wyjść z nory, ale nie zauważyłam, kiedy dokładnie ją opuściliśmy.
W środku i na zewnątrz było tak samo ciemno, jak w norze. Przez chwilę szliśmy po śliskiej trawie przez jakieś, niekończące się pole w sercu miasta.
-Błonia? Jest zjazd aniołów? Tak? Hufce z całego świata spotkają się tu dziś i będzie bal? Czy będzie Lucek? Zawsze chciałam go poznać i zapytać, o co kamon z czarnym światłem. Czy ono naprawdę wszystkiemu przyświeca? Co słychać u jego brata? Czy nadal łupie go na krzyżu? To musi być straszne cierpienić za miliony. Ale za miliony, kto nie byłby gotów na najgorsze…
Gadałam, jak najęta, a anioł uśmiechał się tajemniczo. Zasłonił mi oczy czarnym woalem, który zdjęłam dopiero u Bram Światła i Dźwięku. Znaleźliśmy się w mieście żarówek i sztucznych ogni. Mieszkali w nim ludzie o czerwonych twarzach, błyszczących oczach i rozczochranych włosach. Wszystko było w zasięgu ręki. Wata cukrowa, jabłka w czekoladzie, grzane wino, fosforyzujące marshmallowsy, autentyczne suweniry z każdego miejsca na ziemi i wiele innych atrakcji. Anioł śmiał się teraz na całe gardło i ciągnął mnie za sobą. W głąb krainy, zbudowanej na wielkim wydeptanym trawniku z kabli, straganów, światła i hałasu .
– Co to za miejsce, aniele? Czy ja umarłam?
-Jeszcze nie. Ale to też da się załatwić.
-Czyli, że jesteś aniołem przez wielkie ‘Ś’?
Wkrótce, siedziałam na ruchomym tronie, przypominającym fotele w bolidach Formuły 1. Ogromny zagłówek w formie litery ‘u’ z dwoma, miękkimi skrzydłami po bokach chronił moją głowę przez wzrokiem obcych i jednocześnie ograniczał moje pole widzenia do marnych sześćdziesięciu stopni za zewnątrz, w górę i w dół.
Solidny pałąk w poprzek mojej klatki piersiowej dociskał mnie do fotela. Miałam również do dyspozycji dwa metalowe uchwyty, które złapałam w dłonie. Ziemia rozstąpiła się, zamknęłam oczy i chyba runęłam w górę. Moja głowa dyndała się na wszystkie strony albo odpadła. Tak przypuszczam, bo w gruncie rzeczy strony nie istniały. Nie było dołu, góry, przodu, ani tyłu. Nie było śladu po ‘w bok’. Otworzyłam jedno oko. Wszystkie planety były zamazane, a dalsze komety zlewały się z meteorami.
-Wow! Ładny Bokeh.
Powiedziałam do siebie i zrobiło mi się nagle byle jak. Było mi wszystko jedno. Pełne krwi serce dudniło w moim wnętrzu. Miałam teraz w środku wyłącznie wielkie, rozdygotanie serce i tubę do oddychania. Ani śladu po bebechach, macicy, jajnikach i przysadce mózgowej.
– Teraz, jesteś gotowa.
Usłyszałam słowa płynące z megafonu umiejscowionego, gdzieś pod ziemią.
Telepałam się od początku do końca świata, w bezstronnych przestworzach.
Bez wymiarów, kierunków i lęków. Tak prawdopodobnie wygląda podróż przez czas, pozbawiony przestrzeni. Historię, pozbawioną zabytków. Sens, pozbawiony konceptów. Przez wieczną minutę, pozbawioną sekund. W tym właśnie, pozaczasowym momencie gwiazdy porzygały się na moją, śliczną sukienkę.
Była teraz naprawdę piękna. Podarta w strzępy od bioder do kolan, cała mieniła się od kosmicznych rzygowin. Przykleiła się do mnie szczelnie, jak gorset od J.P. Gaultiera. Zebrany w sztywne kontrafałdy karczek powiększał optycznie mój niewielki biust. Twardy plastron, wszyty z przodu pod karczkiem waloryzował mój płaski brzuch. Wyglądałam, jak gwiazda na ściance. Czułam się tak źle, że aż dobrze. Czarny anioł pływał w powietrzu przed moim nosem. Czarne, stylowe ciuchy falowały. Wyglądały, jak atrament wytryśnięty ze strzykawki w szklankę wody. W miarę, gdy jego szaty rozpływały się doszczętnie, anioł stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż wypełnił całe, gwieździste niebo nad moją głową. I nic więcej się nie zdarzyło tej nocy w Hyde Parku.

November song for A.

Morning light dispersed in fog shines from everywhere.
I woke up in the middle of a luminescent ball.
A am a foetus inside gloriously dying womb.
Frost on dry stalks makes strange creaking sounds.
Reminds me of squeaking stairs in my ancient house.
Ice floes on big paddle look like satin and lace.
Sleeking cold sheets on a decadent bed.
Today i am diffused in fading.
It is a genuine state of grace.
I’m a cherished foetus inside gloriously dying mom.
My thoughts swirl with dead leaves.
They fall down.
Make a wish.
They furl up.
Eventually they fall down.
Trees are almost naked now. They stand tall.
They stand for all.
I can calculate dew drops scatered the air,
simply by breathing in.
I can drink the air.
By gazing at pale sun’s face,
I can give an approximate value of eternity.
If you only allow me.

dzikie gęsi

Nad moją głową szybują dzikie gęsi.
Zataczają koła w powietrzu.
Z każdym okrążeniem układają się
w odmienny wzór na niebie.
Patrzę w szary kalejdoskop.
Były żywym wężem.
Rozrzuconymi zabawkami.
Wielką literą W, która wypadła z alfabetu do góry nogami.
Koralikami nanizanymi na nitki babiego lata.
Przędza ta produkowana jest przez młode pająki.
Maleństwa podróżują na cienkich nitkach.
Wolne od grawitacji i czasu.
Jak dzikie gęsi.
Teraz, moje gęsi odlatują w kluczu.
Na południe.
Wolne od grawitacji i czasu.
Jak pająki.
Szary kalejdoskop.
Wolny od grawitacji i czasu.

para z nas i fraza

kiedy włożę ci me słowa w usta
twoje myśli przestaną się snuć
twoje sny nad przepaścią usną
zanim runą w głęboki dół

jednym słowem powiesz do lustra
prawdę moją i przestaniesz knuć
moje słowa w twych ustach spuchną
nim przegryzie cię czas na pół

kiść mowy w dziób sprawa gardłowa
gęsiego drepczą słówka, słowa
już brylujesz słowną rozpustą
wczoraj elokwentna jak krowa

w czternaście chwil gadaniem cię utuczę
nie zaciśniesz już ust gdy zapytam
szczęśliwa jesteś sylabami
czy nadal ciszą jadowita?

wypycham twe usta zdaniami
i po dyskusji między nami
jestem lustrem
frazeolobiczem
a ty odbiciem
mym obliczem
potem milczenie ciałem się staje
gdy na kwiecistych słów dywanie
rozchylasz wargi i uda
wysłowiona znów milcząca
nuda

grób kryminalisty

Zbigniew Libera, ‘Grób kryminalisty’. dzieło sztuki dedykowane dwóm, polskim seryjnym mordercom.

Przebrzydki, niewielki rysunek wykonany prawdopodobnie w afekcie, tępym, jak przypadkowe narzędzie zbrodni, ołówkiem.  Projekt monumentu nagrobnego dla dwóch wampirów, Stanisława Modzelewskiego i Zdzisława Marchwickiego. Fakt, że Zbigniew Libera bawi się od czasu do czasu klockami Lego wcale nie oznacza, że ma zadatki na wampira.
Stanisław Modzelewski urodzony z kobiety, drogą naturalną piętnastego marca 1929 w pewnej dziurze koło Łomży, zmarł trzynastego listopada 1969 w stolicy. Czterdziestolatek bez dwóch dni, zawisł na stryczku, lecz  zanim zadyndał na sznurze,  żył i niszczył  życie w Polsce pod pseudonimem ‘Wampira z Gałkówka’. Miał ukończone trzy klasy szkoły podstawowej, zawodowe prawo jazdy i żonę. Nie zrobiłby krzywdy mężczyźnie, ani dziecku do lat dziesięciu. Za to kobieta w każdej postaci powodowała u niego ogromny wstrząs emocjonalny i nieodpartą chęć zaciśnięcia na jej szyi pętli czasu. W roku swoich dwudziestych trzecich urodzin udusił własnymi rękami Józefę i nie wiadomo czyim szalikiem Marię. W 1953 udusił tylko Teresę. W 1954 nikogo nie udusił. Za to w 1955 udusił dwojga imion Irenę Bernadettę. W 1956 udusił za pomocą szalika Helenę i Helenę. Jedenaście lat później zabił Marię, ale zupełnie inaczej. Nie udusił jej w plenerze. Utopił w wannie, a na dodatek poza odcięciem Marii dopływu tlenu do mózgu i wypełnieniu jej płuc wodą, pokiereszował jej pośladki nożem.
W śledztwie przyznał się do zabójstwa ośmiu kobiet, pomimo odnalezienia jedynie siedmiu ofiar. Tajemnicza, ósma ofiara Modzelewskiego miała zostać zamordowana pomiędzy ostatnią szóstą ofiarą serii z Gałkówka, czyli licząc od Józefy do drugiej Heleny włącznie, a ostatnią ofiarą mordercy znalezioną w warszawskiej wannie. Matematyka, matematyka.

Zdzisław Marchwicki, również urodził się z matki.  Ujrzał światełko w tunelu rodnym powszedniego słotnego, śląskiego dnia październikowego 1927 roku i umarł przez powieszenie na szarą wiosnę w Katowicach 1977 roku. Bębny  szol wszystkich kopalni Śląska wirowały wówczas hipnotycznie. Wielkie, stalowe koła kręciły się przede wszystkim zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zmieniając kierunek co sześć, a może siedem godzin. Kamienny, polski węgiel sunął po czarnych taśmach do milionów wagoników i ogrzewał domostwa całego bloku socjalistycznego. Dumny górnik fedrujący na przodku i buńczuczny, zwykły robotnik harowali w brudnym pocie czoła. Budowali mlekiem i miodem płynącą Polskę o umorusanej facjacie i potężnych bicepsach. Codziennie głębiej i głębiej. Coraz głębiej. Wszystkie kopalnie Śląska. Czarne ręce i czarne twarze. Z każdą szychtą, polski gmach piął się wyżej i wyżej. Coraz wyżej. W kopalni normalny dzień nie przeżyłby. Nie miałby szans, jak ofiary seryjnego mordercy. Kopalnia to niekończąca się noc psychopaty. Tunel cieniem wyścielony.
Wampir z Zagłębia grasował zarówno w świetle dziennym, jak i po zmroku przez pięć lat. Prawie zawsze we mgle. Nie dusił. Walił z dużą siłą tępym, ciężkim przedmiotem w tył głowy. Kobieta upadała i traciła przytomność. Bił ją wówczas, aż przestawała oddychać.Kiedy było już po wszystkim, uprawiał seks z denatką. Nigdy się nie dowiemy czy robił to z miłości, czy z nienawiści. Seks, jak kilof ma dwa końce. Jeden szpiczasty, a drugi spłaszczony. Przypisano mu dwadzieścia jeden morderstw i aktów nekrofilii, czyli czterdzieści dwa ciężkie przestępstwa. Żmudne śledztwo dreptało w błędne kółko, aż któregoś dnia wydobyto z Przemszy, jednego z najbardziej zatrutych nurtów wodnych naszej ojczyzny, zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek. Jolanta była bratanicą Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nagroda za wskazanie zabójcy wysokości miliona złotych sprawiła, że do MO wpłynęły setki donosów. Na ich podstawie stworzono model hipotetyczny zawierający 465 cech fizycznych i psychicznych, które miał posiadać wampir o pseudonimie ‚Ryba’. Milion w 1968 roku to był majątek. I dorwali go. Dziewięćset osiemdziesiąt jeden  żywych kobiet z hipotetycznego, okrągłego tysiąca niebawem martwych kobiet złożonych w ofierze na tysiąclecie Polski odetchnęło z ulgą. Podobno, nagroda nie została wypłacona, nawet kiedy w styczniu 1972 roku żona Marchwickiego wskazała na swojego męża i przy okazji złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad nią i ich dziećmi. To był koniec sprawy. Z zebranych dowodów wynikało, że morderca miał problemy z erekcją, których Marchwicki nie miał. Poza tym, sprawca był mańkutem, a Marchwicki był praworęczny.  Śledztwo zostało zwieńczone sukcesem. Marchwicki został oficjalnym wampirem z Zagłębia. Na nic się zdały tragi-patetyczne próby zwrócenia na siebie uwagi  niepełnosprawnego umysłowo Piotra Olszewy, który przesłuchiwany przez policję w 1970 roku zeznał, że jest poszukiwanym zabójcą kobiet. Został wypuszczony z aresztu i dziesięć dni później zabił nożem żonę, dzieci zabił młotkiem, a siebie i dom rodzinny polał benzyną i podpalił.

Polska socjalistyczna zmarła śmiercią naturalną, a grób kryminalisty jest pusty, proszę Pana.

Owocówka jabłkóweczka song (trad.)

dzisiaj jem jabłka z robakami
na znak przyjaźni między sadami
soczyste jabłka z mojej jabłoni
wiszą bezmyślnie w zasięgu dłoni
zrywam i szukam śladów robaka
jest!
oj, znowu będzie o jabłko draka
obracam w dłoni owoc zielony
wirują wokół koślawej osi
krater, ogonek, piegi, pieprzyki
wygryzam w jabłku mały Pacyfik
larwa motyla leży bez ruchu
w obskurnej norce
chyba, na brzuchu
odwracam owoc i gryzę Stany
robak jest trochę zdenerwowany
trzymając w palcach niby-ogryzek
nadal krajami gryzę i gryzę
‘I co? szczęśliwy, że zaszły zmiany?’
pytam nagiego robaka w norze
lecz robak milczy zafrasowany
zmuszona jestem pójść z nim na noże
apjać, na nic pertraktacje się zdały
‘cóż, skoro jesteś aż taki cwany,
ciała się brzydzę twojego, mały
wiem, to okrutne, mam inne plany
czas się ocucić, żegnaj kochany’
zapadła w sadzie cisza przeklęta
niechętna cisza, nie byle jaka
robak zdziwiony przetarł oczęta
‘jakaż ta jabłoń mała z lotu ptaka?’

lola about to jump

rób, co ci karzę
bo się obrażę
skocz przez płomienie
poparz sumienie
przejdź wody lustro
utop się, siostro
wzbij się w powietrze
no, wyżej jeszcze!
załóż obrożę
z nosem w trotuarze
idź, gdzie ci każę
to doda mi otuchy
i zbiorę do kupy
życia okruchy
będę twym panem
a ty kurtyzaną
za parawanem
kupię ci perfumy
obedrę z imienia
nadam ci nowe
dwusylabowe
rób, co ci mówię
bądź grzeczna
może cię polubię

Żywa

Z ostatnich doniesień.
Naukowcy odkryli przed południem nieznaną planetę.
‚Planeta nosi wyraźne ślady pięknego życia.’  Zapewniają naukowcy.
Stwierdzono na jej powierzchni obecność dużej ilości znamion, subtelnych blizn, uroczych siniaków, a nawet zachwycających przerostów.
Jest nimi pokryta, niczym pocałunkami kochanka od bieguna po antybiegun. ‚Planeta jest piękna i tętni życiem.’
Czyż to nie fantastyczne odkrycie? Jeszcze rano byliśmy tacy samotni.
Dzięki Republice Tęgich Łepetyn już nigdy, przenigdy nie poczujemy się, jak bezpański palec w cudzej mgławicy.
Już pod wieczór, naukowcy uczcili historyczne odkrycie flaszkami i ogórkiem. Tańcząc na jednej nodze wokół stołu znanej restauracji, wypili na drugą nóżkę i nazwali bliźniaczą planetę naszej jedynaczki Ziemi, Żywa.
Planeta jest niewielka, o marnej rozdzielczości, ale w sumie przytulna.
W całości zbudowana jest z pikseli i kamieni. Niektóre kamienie są mokre. Polizane, okazują się być słone.
Skąd wzięło się życie na Żywej? Czy Ktoś tak chciał?
Czy Żywianie posiadają dwie, bezużyteczne  półgłowki, jak i my?
Czy ich kobiety składają się z dwóch, niezależnych od siebie połówek, jak i nasze? Od grubego pasa w cieniutki dół oraz od wrzecionowatego brzucha po czubek bombiastej głowy? Czy Żywianie w ogóle są rozdzielnopłciowi i czy można mówić na Żywej o kobietach przy mężczyznach?
Kiedy wreszcie będziemy mogli dodać Żywian do naszych znajomych na Siderealbooku?
Czy jest nadzieja? Co na to Watykant i Modna Przecznica?
Zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału w akcji ‘Ziemianie dla Żywian’. Polubcie nasz lewy profil, zróbcie sobie laskę najnowszym iphonem sechs, wyślijcie waszą autoerotyczną fotkę w kosmos i otagujcie ją: #fuckżywa, #keepyourfatbitchonaleash, #norestforthecellulite, #lachonynamaskę lub #woliszpieprzyćsięzpiękączyzżywą?

dowód na istnienie

jestem piłeczką w dłoniach
synka kobiety i cienia
dzieciak nie widzi
ja nie mówię
lecz to bez znaczenia
kiedy podrzuca mnie w górę
czuję, że jeszcze chwila i
zwymiotuję
zaciskam usta
spadam na łeb na szyję
dzieciak zadziera pustą główkę i wyje
jestem zabawką w dłoniach
synka wody i pragnienia
dzieciak nie słyszy
ja nie rozumiem
lecz to bez znaczenia
kiedy znów w jego dłoni ląduję
czuję, że i tym razem
zwymiotuję
zaciskam usta
połykam ślinę
dzieciak radośnie spastykuje
ja ginę