korytarz

Wczoraj był ostatni dzień wojny. Tak mi się przynajmniej wydawało wczoraj. Dziś od rana zapanowała cisza. Zalała mleczną kałużą wywar z kości i krwi. Żaden dźwięk nie dochodzi z frontu. Dym unosi się w powietrzu. Jak mgła w sierpniowe wieczory, kiedy kończy się lato a jesień jeszcze nie przyszła.

Niebo dzisiaj jest prawie niebieskie. Nawet wiatr powrócił. Porusza delikatnie czarnymi od nędzy gałęziami nieżywych drzew i brudnymi szmatami, które wiszą tu i ówdzie na gruzach. Nie słyszę jeszcze ptaków, ale jestem pewna że wkrótce wyjdą z dziur po wybuchach. Wystawią swoje przybrudzone główki z lejów. Przycupną na krawędziach kraterów, otrząsną pył ze skrzydełek i wyfruną. Wszystkie na raz. Jak pyłek kwiatowy. Jak kamyki rzucone w górę. Nie opadną.

Stąpam po gruzie i glebie pozbawionej roślinności. Z każdym moim krokiem unosi się kurz i cisza. Jestem kompletnie sama w na dnie tej przepaści bez horyzontu. Jest spokojnie. Tylko, jakoś tak nieludzko. Dziwnie spokojnie. Za spokojnie.

Chciałabym poobijać się o tępy tłum sunący we wszystkich kierunkach. Dostać pełnymi wiktuałów siatami po łydkach. Kościstym łokciem starszej pani po nerach. Zawyć z bólu po tym, jak ktoś staje mi na dużym palcu u nogi i krzyczy.

-Oczu nie masz kobieto? Nie widzisz, że idę? Co za ludzie! Stoją i nie widzą, że emeryt idzie. Posuńże się panienko. Młodzi dzisiaj jacyś tacy nieprzytomni. To przez te słuchawki. I komórki. Tylko smsują proszę pani. Kciuki im podskakują, jak pchły na parszywym kundlu. Albo gadają. Do kogo oni proszę pani tak gadają? Nikt już dziś nie słucha, tylko gada. Wszyscy mielą i mielą ozorami, mówię pani. Chocki-klocki, klituś-bajduś, tere-fere. Mowa-trawa. Pierdoły. Dyrdymały.  Co za ludzie!

Chciałabym zostać sponiewierana, jak na targu o ósmej rano. Między straganami. Usłyszeć wyrywki idiotycznych rozmów.

-Po ile to? Toż to rozbój w biały dzień! A te truskawki to polskie są? Gdzie tam! Co mi pani tu kit wciska, że polskie. Przecież widzę, że portugalskie. Ile? Dam najwyżej pięć złotych. Złodziejka!

Mijam ciała ludzkie ułożone w rozety na ziemi. Wyglądają, jak wielkie szare margerytki bez łodyg. Ułożone są głowami wokół ciemnych dołków. Poziomy ogród. Grządki nieuporządkowane. Alejki niewygrabione. Zapuszczony ogród na tyłach pustego domu.

Właściwie to już nie ciała, tylko puste ubrania. Leżą ubrania bez zawartości. Bez stylu. Nie wiadomo czy to spodnie i kurtka. Czy kombinezon. Garsonka czy sukienka. Mundur?

Puste ubrania niczego nie mówią o człowieku, który je nosił. Są jak pozbawiona sensu powłoka. Wór. Skóra zdarta z duszy. Obdarta z duszy poszewka. Duszy też już tu nie ma. Puch uleciał. Światło uleciało. Guziki się urwały.

Tylko buty zachowały charakter. Są tu wszystkie. Glany, pantofle domowe, buciki na słupku, trampki, sandały, szpilki, czółenka, brogsy, kalosze, pointy i buty do salsy. Drewniaki, półbuty, obuwie dziecięce, botki, koturny, sztyblety.

Telefony komórkowe też leżą. I laptopy. I tablety. Nie wiem czego jest więcej. Butów czy nośników pamięci?

Nie mogę już tego znieść. Ciągłe pamiętanie i zapominanie. Nie spałam od czterech, może pięciu lat. Kiedy próbuję zamknąć powieki mam zawroty głowy i chce mi się wymiotować. Więc trzymam je otwarte od ponad czterech lat i czuję, jak ucieka ze mnie życie.

Wstawaj, bo prześpisz całe życie! Krzyczą niektórzy pół żartem pół serio do śpiochów.

Idioci.

Człowiek jest naprawdę żywy tylko wtedy kiedy śpi. Kiedy oczy ma zamknięte, oddech wyrównany, dłonie lekko rozwarte w magicznej mudrze śpiącego. To stan prawdziwego życia. Bez kontroli, wstydu, zgrywu, bólu. Sen to życie. A ja nie śpię. czyli nie żyję. Pamiętam wszystko i niczego już nie pamiętam. Mieszają mi się fakty. Tasują uczestnicy wydarzeń, jak karty Tarota. Na trzy kupki. Nierówne. Przeszłość. Teraźniejszość. Przyszłość. Przyszłość? Można wyciągnąć kartę pomocniczą, gdy przekaz jest zbyt trudny do interpretacji.  I co teraz? Kurwa, co teraz?

Kot w ciasnej sieni. Czuję się, jak kot złapany w pułapkę. W korytarzu bez światełka.

Koty nie lubią znaleźć się w korytarzu nieledwie szerszym od wąskiego jelita psa.

Bez możliwości ucieczki. Gdzie by to czmychnąć? Gdzie się ukryć? Źrenice szeroko rozwarte. Ogon zaczyna niespokojnie wachlować. Narasta stres. Strach stroszy sierść wzdłuż kręgosłupa. Serce bije za szybko. Przychodzi zmęczenie i głód. Łapie za kark i przyciska do podłogi. Głowa przestaje funkcjonować. Wszystko się w niej miesza. Intuicja, instynkt, przerażenie.

Koty kurczą się na łapkach. Zmniejszają do dwóch wymiarów. Wąskość i niskość. Jakby chciały zniknąć. Stać się niewidzialne. A przecież koty są niewidzialne! I po co ten stres? Przecież są niewidzialne. Przez całe życie przemykają dyskretnie. Można je pomylić z cieniami ptaków. Albo z podmuchami gorącego wiatru w pustych uliczkach małego, włoskiego miasteczka w południe. Pustka na południu w południe jest momentem zbliżonym do momentu śmierci. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak bardzo boicie się własnej śmierci, stańcie kiedyś w sierpniowym ukropie na Piazza Salandra w południe.

Usłyszycie, jak anioły dostają czkawki ze śmiechu na wasz widok. Jeśli nie stracicie zbyt szybko świadomości, może je i dostrzeżecie, jak łapią się za brzuchy pełne światła i zadzierają głowy w radosnych  spazmach, gdy wy dusicie się w samotności. Wypluwacie z litr nienatlenionej krwi z płuc na cokół pomnika świętych bez twarzy. To wasza chwila nicości.  Niczego tu nie ma poza skrzydlatymi gnidami o poczuciu humoru norweskiego studenciaka pierwszego roku medycyny, zatrzaśniętymi okiennicami i rozgrzanym powietrzem, wibrującym nad maskami zaparkowanych aut. Niczego tu nie ma poza kotami.

Nie pamiętam, kiedy wpakowałam się w ten kanał. To było chyba, kiedy byłam jeszcze bardzo mała. No tak! To musiało być za mojego dzieciństwa. Wszystko, co przeklinamy przez resztę naszego życia, przydarza się nam za naszego, cholernego dzieciństwa.

To dlatego, że kiedy jesteśmy mali, jesteśmy najmniejsi w kosmosie i wszystko wydaje się być większe od nas. I jest! Przestrzenie są olbrzymie. Niebo wisi za wysoko, żeby je dotknąć rączką. Tata jest taki duży, że nie widać jego głowy. Właściwie, w ogóle go nie widać. A mama? Mama jest wielka, jak kula ziemska. Jak baobab na działce w ogródku pracowniczym. Jak kolumna koryncka z wózeczkiem dziecięcym. Jak kariatyda w M3. Mama to K2 w pokoju  z kuchnią.

Nienawidzę iść pod górę. Nienawidzę potu, który spływa po moich plecach pod plecakiem, kamieni, o które się potykam, turystów schodzących do doliny, wiatru na szczycie. Nienawidzę Giewontu.

Zaklinowałam się tu, kiedy byłam jeszcze malutka. Korytarz musiał wyglądać wtedy na obszerny hall. Dlatego nie zorientowałam się, że to pułapka bez wyjścia. Że utknę tu na wieczność. Przylazłam tu na czworaka, ze skórką  chleba w obślinionej buzi. Taki słodki chlebek. Dobry chlebuś.

Posadzka musiała mi się spodobać. Kwadraty z obramieniem w kwiatki i trójkąty w kropeczki. Z perspektywy żaby z pieluchą na pupie musiała wyglądać zachwycająco. Nawet nie zauważyłam, że jest zimna i niedomyta po bokach. Kobieta ze szmatą myła ją, zawijając ósemki ograniczone rozpostarciem jej ramion. Musiała być drobnej budowy ciała. To nie była jakaś Maryśka o ciężkim biuście, tłustym, wystającym tyłku i potężnych, grubych ramionach. Takie Maryśki mogą za jednym zamachem umyć całą podłogę w dużym pokoju. Takie Maryśki na kolanach, widziane od tyłu to widok stawiający wszystkie członki na baczność. I jeszcze coś ugotują!

To generałowe, przed którymi armia małych fiutów staje dumnie na baczność. I wszystkie te pulsujące i nabrzmiałe do bólu fajfusy stoją, aż generałowa wstanie z kolan, wyżmie brudną szmatę do wiadra, zadzwoni jego metalowym uchem, zachlupie wodą z mydłem i otrze mokre dłonie o fartuch.

Ta kobieta była szczupła. Miała małe cycki, które wisiały jak dwa puste woreczki skóry,  chude ramiona o szpiczastych łokciach i kościsty tyłek na który żaden chuj nawet by nie spojrzał. Musiały ją boleć kolana, gdy rozmazywała brud pośrodku sieni. Kiedy malowała brudną wodą jaśniejszą ścieżkę środka. cdn

na piechotę

poniosły mnie nogi do nieba
suchą stopą dotknęłam piękna
a potem wstąpiły do piekła
ludzką stopą dotknęłam sedna
poniosły mnie nogi do ciebie
po piachu
przez wodę
na palcach
wdepnęłam w kałużę miłości
i już nie byłam pewna
czy to w nieba płomieniach
czy w piekle oziębłości
mam się skonsumować do kości

i Lód you

Z zimna  i mimochodem

Cała pokryłam się lodem

Na mrozie  za długo stałam

Łuską pokryłam się szklaną

Bo znów na ciebie czekałam

Zmarzłam do kości kochanie

Uświerkłam tym całym czekaniem

Dzień i noc całą sterczałam

Aż krą sie ścięłam  żeliwną

Bo znow na ciebie czekałam

Jeszcze przed słonca zachodem

Cała pokryłam się lodem

A potem się przewrociłam

I na kawałki rozbiłam

Ktoś mi pomoże

Na pewno ktoś mnie pozbiera

Ktoś mi pomoże

Na pewno ktoś mnie pozbiera

Fontanna co lodem ścięta

Wodą jest lecz niepamieta

I znów zostałam na lodzie

Zimą  przeklęta

Ktoś mi pomoże

Na pewno ktoś mnie pozbiera

szlaming

Zasypiam, jak leniwa kotka. Jest dopiero jedenasta jedenaście! Zasypiam prawdopodobnie przez smog, snujący się w krakowskim powietrzu. Dziś, a przypuszczam że mamy dzień, poziom stężenia pyłów został przekroczony jakieś trzysta razy.
Podobno, pyłomierze w tym mieście psują się od smogu. Zatykają się i wskazują zerowy stan zanieczyszczenia.  Zgadzam się z pyłomierzami. Najlepiej się zatkać i utkwić w stanie nieokreślonej błogości na kilka godzin.
Przez ścianę mgły, gęstej jak zaprawa murarska słyszę gruchających kochanków. Romek i Julka w mieście Kruków. Julka ma chlamydię, ale Romek jeszcze o tym nie wie. Romek ma kryptokokozę, ale to nieistotne.
-Czy jesteś ze mną szczęśliwy, kochanie?
-Nie. Mam Cię w nosie. W płucach. Wszędzie. Mam Cię gdzieś. Jesteś moją szlamą. Ty dziwko! Śpisz z całym miastem. Pluję tobą.
Ale nie wyjeżdżam. Leżę tu, w brudnej pościeli. Od rana palę jointy w  wyrze, żeby mniej Ciebie wpuścić do środka. Tak Cię, kurwa kocham, że przez Ciebie świata nie widzę. Wyciągam rękę przed siebie i nie dostrzegam zarysu własnych palców. Nie dotykam dna. Palców nie mam. A na dnie jestem. Co za pokręcony związek? Związek pyłu z powietrzem. Erotyczny aerozol małopolski.
W Krakowie i okolicach najbardziej popularnym imieniem, nadawanym chłopcom urodzonym w 2015 roku, był Pyłomierz. U dziewczynek prym wiodła tradycyjnie Pylica. Zdrobniale Pycia, Pylusia, Pylciunia.
W Krakowie wszystko się zdrabnia. Rozdrabnia na mniejsze cząstki. Wszystko się tu kruszy. Rozciera się słowa w pył, jak pigmenty. Potem, miesza się je z byle jakim medium i maluje obrazy odrobinami sensu.
Chlebusia naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Ze smalczykiem i skwareczkami. Żeby nam podskoczył poziomek cholesterolku i wzrosło ryzyczko miażdżyczki lub zawałku. Żebyśmy szybciutko kopsnęli w kalendarzyk i nie musieli już wdychać tego syfu.
Podobno, podwyższony cholesterol a przedwczesna śmierć to kolejny mit. Jak ten, że życie zaczyna się po czterdziestce. No, na pewno nie w Krakowie. Tutaj, prawdziwe życie zaczyna się  po pierwszej setce. Najlepiej Tequili.
Najpopularniejsze hasła dostępu do prywatnych profili  krakowian na portalach społecznościowych to PMdziesięĆ i PM2ipół. Możecie sprawdzić!
Zatem, jak powiedziałam kilka wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych wcześniej, zasypiam zatkana.
Powieki ciężkie, a pod nimi migotliwa łuska tęczowej ryby.
Ryba porusza płetwami, ale nie płynie. Stoi w miejscu w ciemnej, gęstej wodzie. Otwartą paszczą do silnego nurtu. Woda wpływa do jej gęby i wypływa skrzelami. To pierwszej wody zjawisko.
Przepustowość ryby w toni. 
Przepływowość wirtualnej ryby na sekundę snu.
Ja tak nie umiem. Zazdroszczę lśniącej rybie. Zarzucam  ołowiane spławiki powiek głębiej i głębiej. Wszystko wokół porusza się i jednocześnie stoi w miejscu. Tak można by opisać stan śnienia. Lub śnięcia.
Lubię śnić.
Koty pięknie śnią. Ruszają łapkami i gałkami ocznymi pod zamkniętymi powiekami. Psy też to robią. Ryby śpią nie zamykając oczu. Zresztą, prawdopodobnie nie mają powiek, tylko migotki.
Są bardzo intrygującymi stworzeniami. Duszą się na świeżym powietrzu. Jak krakowianie.
Robią kupę płynąc i sikają do wody, która piją. 
Psy też są fascynujące. Jedzą własną kupę, a cudzą obchodzą szerokim łukiem. W Krakowie mieszka dużo psów.
Tylko ludzie lubią zarazem swoje, jak i cudze odchody. Cudze nawet bardziej. Grzebią zapalczywie w cudzym gównie i nazywają się wróżbitami.
-Wiedziałaś, że po francusku na lekarza mówiono ‚fouille merde’, czyli ‚grzebiący w gównie’?
Zapytała mnie ryba. Nie odpowiedziałam rybie. Nie wiedziałam jak. Przez sen?
-Teraz używa się tego określenia wyłącznie wobec dziennikarzy, opozycji politycznej, detektywów czy pieprzonych inspektorów Fiskusa.
Skąd u śniętej ryby tyle nienawiści do pracowników Skarbu Państwa?
Przecież to nie czterdziestu zbójów, ani żadne El Dorado. Chociaż, w sumie,  wyobrażam sobie rybę w morionie na łbie i szarawarach z dziurką na płetwę ogonową na tyłku.
-W kontekście lekarskim to nie była przenośnia. Niegdyś, lekarz diagnozował beznadziejny stan pacjenta grzebiąc palcami w nocniku pełnym świeżego gówna.
Chapeau!
Nigdy, nawet gdybym dorosła, nie chciałabym zostać ani pacjentem ani lekarzem. Wolałabym zostać detektywem snów.
Albo błyskotliwą ryba pod czyimiś powiekami.

tiara czy nie tiara?

Miałam intrygujący sen. Śnił mi się festiwal pole dancers, czyli zawody w tańcu na rurze. Zgromadzenie do złudzenia przypominało miejsce dorocznego Pow Wow w Arizonie. Nie było tak ogromne, jak to we Flagstaff albo w Mesie. Aż takie, to nie! Było to najzwyklejsze, średniej wielości, rodzinne, półpustynne Pow Wow.
Okrąg, zbudowany z bali i blachy falistej stał wśród piachu, kurzu i kamieni. Z pewnością gadających. Na jawie, zadałabym sobie pytanie, jakim cudem wszyscy, łącznie ze mną dotarli w to odludne, bezimienne miejsce, które określiłabym jako  kompletne nigdzie.  Ale we śnie nawet nie przyszło mi to do głowy. Zatem, Pow Wow lasek na rurze odbywało się nigdzie. Nie prowadziły do tego miejsca żadne asfaltowe drogi, telefony komórkowe traciły zasięg, a GPS-y  powtarzały beznamiętne ‚zawróć’, które doprowadzały kierowców do szału. Pomimo ewidentnych utrudnień natury topograficznej, zgraja mężczyzn, kobiet i dzieci w różnym wieku, już dawno dotarła na miejsce  i najwyraźniej bawiła się świetnie. Wokół centralnej konstrukcji z areną, stały rozkładane krzesełka campingowe.
Tuż obok krzeseł rozpuszczały się lodówki przenośne, a trochę dalej smażyły się ufajdane pick upy.
Na środku areny sterczały Rury do Tańca. Około siedmiu.
Zawodniczki też sterczały, tyle że w chaotycznej kolejce. Dorodne jałówki z numerkami, przytroczonymi do skromnych bikini. Wszystkie były blondynkami na szpilkach.
Miały bardzo duże biusty i jeszcze większe źrenice. Oba organy wyglądały, jakby były napompowane helem lub głupotą.
Nie pamiętam, który z tych gazów jest lżejszy. W każdym razie ani biusty, ani źrenice nie ciążyły dziewczynom.
Dziunie wbiegały na arenę, wykręcając sobie nogi w kostkach w piachu, łapczywie łapały za rury i odwalały taniec a la maniana.
Jury od Rury składało się z jednego, zwalistego człowieka, ubranego w purpurową togę. Miał też coś na głowie, ale z daleka nie potrafiłam rozróżnić, czy była to tiara, mitra czy bejzbolówa. Głowa faceta osadzona na górze nieruchomego mięcha mlaskała, tyle razy ile wynosił numer dziewczyny, która przypadała głowie do gustu. Tłum klaskał, gwizdał i bekał dwutlenkiem chmielu.
Popatrzyłam na widowisko i nie wiadomo dlaczego powiedziałam : ‚Toż to radośniejszy cyrk, niż ukrzyżowanie!’
Chyba mnie po….ło! Takie bluźnierstwo! W takim miejscu! Chyba mnie po….ło! Najgorsze było to, że pomimo zgiełku moje słowa dotarły do uszu Papieża Rozpusty. Zrobił się czerwony na gębie. Okazuje się, że cynober świetnie wygląda przy purpurze.
Wstał. Na stojąco-wkurząco był tego samego wzrostu, co na siedząco-mlaszcząco. I długim kijem ze złotą, kaczą główką pokazał mi ‚Ausfahrt’! Ausfahrt?
Sięgnęłam ze zrezygnowaniem do kieszeni jeansów po kluczyki od pick upa, ale trafiłam na mały kamyk. W mojej dłoni zaczął się telepać. Wkrótce urosły mu dwa maleńkie skrzydełka i wzbił się do lotu. Powirował chwilę nad głową mięcha i nasrał mu na tiarę.  W tym momencie się obudziłam.

sznurek

uczepiłam się ciebie

jak sznurka od latawca

spływa po nim na mnie

twoja mądrość i łaska

mocno trzymam się ciebie

jak puchu dmuchawca

płyniesz po głębokim niebie

a ja w błocie do pasa

uwiesiłam się ciebie

z całej siły i woli

nikt mi nie zabroni

sznurek się nie urwie

kamień nie utonie

już nie puszczę ciebie

nie zmęczą się dłonie

trzeźwa na umór

nawet gdybyś złym był do cna
humorystą lub artystą
ziewającym wciąż buddystą
lub sadystą eskapistą
mesjanistą spirytystą
egoistą ateistą
defetystą fetyszystą
talmudystą onanistą
glistą ekshibicjonistą
nouveau riche immoralistą
komunistą animistą
niby-socjaldarwinistą
aferzystą rekordzistą
kiepem i imperialistą
gdybyś ty był wódką czystą
a ja na umór trzeźwa, jak łza
wypiłabym ciebie do dna

wczorajsza noc jest dzisiejsza

Miałam piękny sen. Śniło mi się w nocy, że jadę na pięterku czerwonego double-deckera przez most Westminster.  Jadę nim za dnia. Dzień jest słoneczny i stary Londyn wygląda świetnie pod błękitem nieba,  w promieniach słońca. Most nigdy się  nie kończy. Jadę milami i milami.  Milami morskimi, gdyż Tamiza jest bardzo, bardzo szeroka w moim śnie. Wstaję z siedzenia i próbuję przejść przez całą długość autobusu.  Do schodków, prowadzących do wyjścia. Nie jest łatwo. Autobus mknie, kiwa się na boki, a ja potykam się i obijam o siedzenia. Pejzaż miejski za oknami jest rozmazany. Momentami, słońce oślepia mnie i muszę zamknąć oczy z bólu. Zaćma, którą noszę w lewym oku nie znosi igieł światła, które wbijają się w jego rogówkę w piękne dni.

Autobus zasuwa stówą przez most. Most wydłuża się w oczach. Ja idę na sztywnych nogach, trzymając się uchwytów i oparć siedzeń. Na jednym z nich zauważam książkę o wyrwanej okładce. Nigdy się nie dowiem, czy była to powieść Acimana ‚Osiem białych nocy’, bo nie umiem czytać drobnego druku z takiej odległości i w dodatku w pędzącym autobusie. No, więc autobus nadal jedzie, most wydłuża się, a ja idę. Czyli wszyscy stoimy w miejscu. Tylko Tamiza płynie w poprzek nas dokładnie, jak czas poprzez przestrzeń. Dlatego właśnie mamy dnie i noce, czyli czarno-białe sztachetki w płocie wieczności. Tralki i antytralki w balustradzie mostu, przewieszonego nad rzeką Trwam.

Tu prawdopodobnie skończył się mój sen. Obudziłam się dziś rano i tyle pamiętałam z nocy. No właśnie, z której nocy? Wczorajszej? Przecież obudziłam się dziś rano, więc pamiętam noc dzisiejszą.

-Niezupełnie

Mówi pod słońce most Westminster.

-Położyłaś się przecież spać wczoraj. Więc, ta noc była trochę wczorajsza.

Most zastanawia się  i wydłuża swój cień na mętnej wodzie.

-Właściwie, była też trochę dzisiejsza.

– To znaczy, że… przespałam, aż dwie noce? Musiałam być wycięta.

Most nabiera brudnej wody w usta i milczy.

niebiańskie pierzyny, raczcie wieczne dać mi odleżyny

leżę tu, jak kamień i
nie wstanę, oj nie wstanę
przepowiedni durnej wierzę
na suficie zapisanej
nic tu po mnie nie zostanie
ani pacierz, ani lament

raz mi dobrze, a raz źle
nieskuteczny żaden lek
pod sufitem bez sumienia
los się spełnia bez znaczenia
nic tu po mnie nie zostanie
ani pamięć, ani zamęt

leżę tu jak kamień
a nade mną śmierci balet
ptaki tańczą doskonałe
pióra lecą, gwiazdy świecą
a ja leżę i nie wstanę

oj, babo skrzydlata
jeśli mnie kochasz na tyle
zabierz mnie ze sobą
w siatce na motyle
oj, babo skrzydlata
jeśli mnie nie kochasz wcale
pomiń moje imię ciszą
czarną jak atrament

erytrozyna i syntetyczny popcorn

‚Płynie w twych żyłach erytrozyna.
Mocniejsza bywa, niż heroina.
Ugryź się w język i odkręć głowę.
Podetnij sobie żyły wiśniowe.
I co, bolało?
Finał, jak finał.
Nie moja wina.
Nie twoja wina.’

Damski głos śpiewał do elektrycznej gitary, prostackiego keyboardu i perkusji elektronicznej. Ochrypły alt dochodził z głośnika auta, sunącego po asfaltowej wstążce, porzuconej przypadkiem na jakimś rozległym zadupiu. Opony tarły rytmicznie o bitum. Karoseria starego Volvo lekko skrzypiała. Nie było na to rady. Amortyzatory samochodu były naprawdę zużyte. Za kierownicą rzęcha siedziała kobieta i podśpiewywała pod nosem. To była jej ulubiona piosenka. To była ich piosenka. Zanim zadzwonił i powiedział jej, że tak naprawdę nie widzi powodu, żeby wiązać się na resztę życia z wielorybem. No chyba, że jest się aktywnym działaczem Green Peace.  „Kocham moją pracę. Zbyt dużo od siebie wymagam. To prędzej, czy później zabiłoby w nas wszystko, co żywe i prawdziwe. Sama wiesz, jak trudno jest to nieść, nie potykając się o cudze stopy. „

Powiedział z wielkim namaszczeniem, ale bez ładu i składu. Postanowiła, przynajmniej publicznie nie przejmować się zbytnio jego oświadczeniem. Prywatnie miała ochotę go zabić. Zabić, zgwałcić, poćwiartować, obciąć mu jaja i zjeść.  Zjeść całego. Z fiutem i uszami. Cierpienie i łzy byłyby w tym przypadku zbyt dosłowne. Zapłakana kobieta z nadwagą to straszny widok. Jak bawełniane figi na gumce na rozbieranej randce. Lepiej zapchać w sobie dziurę po bólu ciastkiem marchewkowym z masłem orzechowym, popić cierpkim tonikiem, a potem gdy nikt nie widzi wykręcić usta w spazmie. Gorzki smak w ustach może być spowodowany nie tylko zawodem miłosnym. Być może gniją ci migdałki lub zapadasz na mocznicę?

‚Miłość jest kulawym Pinto.’ Pomyślała wpatrując się w centralny punkt na horyzoncie, kiedyś nazywanym punktem zbiegu. Było to w czasach, gdy jeszcze zbiegali się gdzieniegdzie ci i owi. W czasach, gdy zbiegi okoliczności szkicowały pamięciowy portret przyszłości. W czasach, gdy kochanego ciała nigdy nie było za dużo. Dziś był to nieistotny, bezimienny punkt na krawędzi nieba i ziemi. ‚Jeśli dojadę tam, stanę się malutka i zniknę. Chyba, nie ma lepszej diety!’ Nie mogła powstrzymać śmiechu. Jej pokaźny brzuch zaśmiał się z lekkim opóźnieniem. Ona łzawiła, on falował. Wyglądali pociesznie. Jak boja na wzburzonym morzu. Chichrali się przez chwilę w kanonie, aż jej przysadka mózgowa wydzieliła wystarczającą ilość endorfin, by znów poczuła się w miarę dobrze we własnym ciele. Teraz w radiu leciała zupełnie inna piosenka i kobieta zanuciła. ‚Kabanosy w mojej głowie. Na, na, na, na, na.’ Mijała właśnie pastwisko ze stadem szarych, grubych krów. Leżały, jak krowy. Patrzyły przed siebie tępo. Krowy mają piękne oczy i rzęsy. I tak wielką pustkę w bydlęcych oczach, aż strach. Krowy przeżuwały kolejny raz ten sam kęs trawy. Wyglądały, jak  głazy narzutowe, żujące wieczną gumę do żucia z chlorofilem.

‚Bydlaki.Krowiaste. Grube, głupie.’ Kobieta porozmawiała z krowami i pojechała dalej.

‚Kiedy na ziemi nie będzie już zwierząt, ludzi przestanie gryźć sumienie. Łańcuch pokarmowy  rozleci się na wychudzone ogniwa.  Nie będzie już puszystych szczeniaczków i różowych świnek. Nie będzie kociaków. To będzie koniec. Prawdziwa wolność. Będziemy ważyli niewiele. Tyle, ile pył na wietrze albo Anja Rubik. Za to, będzie znacznie więcej zaginięć. Od dawna wiadomo w Sieci,  że grubego  nie łatwo porwać.’ Jechała po prostej i myślała w zawikłany sposób.’Zwierzęta muszą zginąć, ale najpierw trzeba wykończyć półprodukty. Węglowodany, tłuszcze i cukry złożone.  Jak to zrobić? Jak skutecznie rozpieprzyć w drobny pył to draństwo? Spalić? A woda? Ta cholerna woda, której tyle zatrzymuję? Ukatrupić wodę nie będzie łatwo. Owoce. Orzechy. Kakao.’ Na myśl o śmierci czekolady rozszerzyły się jej źrenice, gruczoły łojowe, przycupnięte wokół wątłych cebulek włosowych zaczęły wydzielać duże ilości łoju, tłuste dłonie zacisnęły się na kierownicy,  a  jej szczęka o podwójnym podwójnym podbródku opadła. To, co działo się w aucie wyglądało na narodziny pierwszej w historii  gastropsychopatki.

Tu urwał mi się film o Erytrozynie. Za to, wczoraj widziałam kosmiczny.

Aby uratować świat, a przy okazji własny zad należy: a. być cierpliwym. Dwadzieścia trzy lata samotności w aluminiowej puszce dryfującej w przestrzeni kosmicznej i kilka zmarszczek jeszcze nikogo nie zabiły. b. mieć dzieci lub rodzinę. Miłość jest dobra, nawet gdy krótka. Miłość to wiecznie otwarta furtka. c. należy posiadać piękną zakurzoną bibliotekę w formie czarnej dziury. Jeśli spełniasz przynajmniej dwa z wymienionych warunków, gdy dorośniesz zostaniesz pilotem lub zegarmistrzem. Jeśli wybrałeś tylko ‚c’, twoje serce należy wyłącznie do tatusia.

 A, i jeszcze zrozumiałam, że czas nie istnieje. Istnieje wyłącznie grawitacja. Siła, która wpycha nas w kontekst, nawet jeśli posiadamy skrzydła. Czyli że wszystkie dotychczasowe urodziny się nie liczą. Prawie nie tknęłam tortu.