korytarz

Wczoraj był ostatni dzień wojny. Tak mi się przynajmniej wydawało wczoraj. Dziś od rana zapanowała cisza. Zalała mleczną kałużą wywar z kości i krwi. Żaden dźwięk nie dochodzi z frontu. Dym unosi się w powietrzu. Jak mgła w sierpniowe wieczory, kiedy kończy się lato a jesień jeszcze nie przyszła.

Niebo dzisiaj jest prawie niebieskie. Nawet wiatr powrócił. Porusza delikatnie czarnymi od nędzy gałęziami nieżywych drzew i brudnymi szmatami, które wiszą tu i ówdzie na gruzach. Nie słyszę jeszcze ptaków, ale jestem pewna że wkrótce wyjdą z dziur po wybuchach. Wystawią swoje przybrudzone główki z lejów. Przycupną na krawędziach kraterów, otrząsną pył ze skrzydełek i wyfruną. Wszystkie na raz. Jak pyłek kwiatowy. Jak kamyki rzucone w górę. Nie opadną.

Stąpam po gruzie i glebie pozbawionej roślinności. Z każdym moim krokiem unosi się kurz i cisza. Jestem kompletnie sama w na dnie tej przepaści bez horyzontu. Jest spokojnie. Tylko, jakoś tak nieludzko. Dziwnie spokojnie. Za spokojnie.

Chciałabym poobijać się o tępy tłum sunący we wszystkich kierunkach. Dostać pełnymi wiktuałów siatami po łydkach. Kościstym łokciem starszej pani po nerach. Zawyć z bólu po tym, jak ktoś staje mi na dużym palcu u nogi i krzyczy.

-Oczu nie masz kobieto? Nie widzisz, że idę? Co za ludzie! Stoją i nie widzą, że emeryt idzie. Posuńże się panienko. Młodzi dzisiaj jacyś tacy nieprzytomni. To przez te słuchawki. I komórki. Tylko smsują proszę pani. Kciuki im podskakują, jak pchły na parszywym kundlu. Albo gadają. Do kogo oni proszę pani tak gadają? Nikt już dziś nie słucha, tylko gada. Wszyscy mielą i mielą ozorami, mówię pani. Chocki-klocki, klituś-bajduś, tere-fere. Mowa-trawa. Pierdoły. Dyrdymały.  Co za ludzie!

Chciałabym zostać sponiewierana, jak na targu o ósmej rano. Między straganami. Usłyszeć wyrywki idiotycznych rozmów.

-Po ile to? Toż to rozbój w biały dzień! A te truskawki to polskie są? Gdzie tam! Co mi pani tu kit wciska, że polskie. Przecież widzę, że portugalskie. Ile? Dam najwyżej pięć złotych. Złodziejka!

Mijam ciała ludzkie ułożone w rozety na ziemi. Wyglądają, jak wielkie szare margerytki bez łodyg. Ułożone są głowami wokół ciemnych dołków. Poziomy ogród. Grządki nieuporządkowane. Alejki niewygrabione. Zapuszczony ogród na tyłach pustego domu.

Właściwie to już nie ciała, tylko puste ubrania. Leżą ubrania bez zawartości. Bez stylu. Nie wiadomo czy to spodnie i kurtka. Czy kombinezon. Garsonka czy sukienka. Mundur?

Puste ubrania niczego nie mówią o człowieku, który je nosił. Są jak pozbawiona sensu powłoka. Wór. Skóra zdarta z duszy. Obdarta z duszy poszewka. Duszy też już tu nie ma. Puch uleciał. Światło uleciało. Guziki się urwały.

Tylko buty zachowały charakter. Są tu wszystkie. Glany, pantofle domowe, buciki na słupku, trampki, sandały, szpilki, czółenka, brogsy, kalosze, pointy i buty do salsy. Drewniaki, półbuty, obuwie dziecięce, botki, koturny, sztyblety.

Telefony komórkowe też leżą. I laptopy. I tablety. Nie wiem czego jest więcej. Butów czy nośników pamięci?

Nie mogę już tego znieść. Ciągłe pamiętanie i zapominanie. Nie spałam od czterech, może pięciu lat. Kiedy próbuję zamknąć powieki mam zawroty głowy i chce mi się wymiotować. Więc trzymam je otwarte od ponad czterech lat i czuję, jak ucieka ze mnie życie.

Wstawaj, bo prześpisz całe życie! Krzyczą niektórzy pół żartem pół serio do śpiochów.

Idioci.

Człowiek jest naprawdę żywy tylko wtedy kiedy śpi. Kiedy oczy ma zamknięte, oddech wyrównany, dłonie lekko rozwarte w magicznej mudrze śpiącego. To stan prawdziwego życia. Bez kontroli, wstydu, zgrywu, bólu. Sen to życie. A ja nie śpię. czyli nie żyję. Pamiętam wszystko i niczego już nie pamiętam. Mieszają mi się fakty. Tasują uczestnicy wydarzeń, jak karty Tarota. Na trzy kupki. Nierówne. Przeszłość. Teraźniejszość. Przyszłość. Przyszłość? Można wyciągnąć kartę pomocniczą, gdy przekaz jest zbyt trudny do interpretacji.  I co teraz? Kurwa, co teraz?

Kot w ciasnej sieni. Czuję się, jak kot złapany w pułapkę. W korytarzu bez światełka.

Koty nie lubią znaleźć się w korytarzu nieledwie szerszym od wąskiego jelita psa.

Bez możliwości ucieczki. Gdzie by to czmychnąć? Gdzie się ukryć? Źrenice szeroko rozwarte. Ogon zaczyna niespokojnie wachlować. Narasta stres. Strach stroszy sierść wzdłuż kręgosłupa. Serce bije za szybko. Przychodzi zmęczenie i głód. Łapie za kark i przyciska do podłogi. Głowa przestaje funkcjonować. Wszystko się w niej miesza. Intuicja, instynkt, przerażenie.

Koty kurczą się na łapkach. Zmniejszają do dwóch wymiarów. Wąskość i niskość. Jakby chciały zniknąć. Stać się niewidzialne. A przecież koty są niewidzialne! I po co ten stres? Przecież są niewidzialne. Przez całe życie przemykają dyskretnie. Można je pomylić z cieniami ptaków. Albo z podmuchami gorącego wiatru w pustych uliczkach małego, włoskiego miasteczka w południe. Pustka na południu w południe jest momentem zbliżonym do momentu śmierci. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak bardzo boicie się własnej śmierci, stańcie kiedyś w sierpniowym ukropie na Piazza Salandra w południe.

Usłyszycie, jak anioły dostają czkawki ze śmiechu na wasz widok. Jeśli nie stracicie zbyt szybko świadomości, może je i dostrzeżecie, jak łapią się za brzuchy pełne światła i zadzierają głowy w radosnych  spazmach, gdy wy dusicie się w samotności. Wypluwacie z litr nienatlenionej krwi z płuc na cokół pomnika świętych bez twarzy. To wasza chwila nicości.  Niczego tu nie ma poza skrzydlatymi gnidami o poczuciu humoru norweskiego studenciaka pierwszego roku medycyny, zatrzaśniętymi okiennicami i rozgrzanym powietrzem, wibrującym nad maskami zaparkowanych aut. Niczego tu nie ma poza kotami.

Nie pamiętam, kiedy wpakowałam się w ten kanał. To było chyba, kiedy byłam jeszcze bardzo mała. No tak! To musiało być za mojego dzieciństwa. Wszystko, co przeklinamy przez resztę naszego życia, przydarza się nam za naszego, cholernego dzieciństwa.

To dlatego, że kiedy jesteśmy mali, jesteśmy najmniejsi w kosmosie i wszystko wydaje się być większe od nas. I jest! Przestrzenie są olbrzymie. Niebo wisi za wysoko, żeby je dotknąć rączką. Tata jest taki duży, że nie widać jego głowy. Właściwie, w ogóle go nie widać. A mama? Mama jest wielka, jak kula ziemska. Jak baobab na działce w ogródku pracowniczym. Jak kolumna koryncka z wózeczkiem dziecięcym. Jak kariatyda w M3. Mama to K2 w pokoju  z kuchnią.

Nienawidzę iść pod górę. Nienawidzę potu, który spływa po moich plecach pod plecakiem, kamieni, o które się potykam, turystów schodzących do doliny, wiatru na szczycie. Nienawidzę Giewontu.

Zaklinowałam się tu, kiedy byłam jeszcze malutka. Korytarz musiał wyglądać wtedy na obszerny hall. Dlatego nie zorientowałam się, że to pułapka bez wyjścia. Że utknę tu na wieczność. Przylazłam tu na czworaka, ze skórką  chleba w obślinionej buzi. Taki słodki chlebek. Dobry chlebuś.

Posadzka musiała mi się spodobać. Kwadraty z obramieniem w kwiatki i trójkąty w kropeczki. Z perspektywy żaby z pieluchą na pupie musiała wyglądać zachwycająco. Nawet nie zauważyłam, że jest zimna i niedomyta po bokach. Kobieta ze szmatą myła ją, zawijając ósemki ograniczone rozpostarciem jej ramion. Musiała być drobnej budowy ciała. To nie była jakaś Maryśka o ciężkim biuście, tłustym, wystającym tyłku i potężnych, grubych ramionach. Takie Maryśki mogą za jednym zamachem umyć całą podłogę w dużym pokoju. Takie Maryśki na kolanach, widziane od tyłu to widok stawiający wszystkie członki na baczność. I jeszcze coś ugotują!

To generałowe, przed którymi armia małych fiutów staje dumnie na baczność. I wszystkie te pulsujące i nabrzmiałe do bólu fajfusy stoją, aż generałowa wstanie z kolan, wyżmie brudną szmatę do wiadra, zadzwoni jego metalowym uchem, zachlupie wodą z mydłem i otrze mokre dłonie o fartuch.

Ta kobieta była szczupła. Miała małe cycki, które wisiały jak dwa puste woreczki skóry,  chude ramiona o szpiczastych łokciach i kościsty tyłek na który żaden chuj nawet by nie spojrzał. Musiały ją boleć kolana, gdy rozmazywała brud pośrodku sieni. Kiedy malowała brudną wodą jaśniejszą ścieżkę środka. cdn