tiara czy nie tiara?

Miałam intrygujący sen. Śnił mi się festiwal pole dancers, czyli zawody w tańcu na rurze. Zgromadzenie do złudzenia przypominało miejsce dorocznego Pow Wow w Arizonie. Nie było tak ogromne, jak to we Flagstaff albo w Mesie. Aż takie, to nie! Było to najzwyklejsze, średniej wielości, rodzinne, półpustynne Pow Wow.
Okrąg, zbudowany z bali i blachy falistej stał wśród piachu, kurzu i kamieni. Z pewnością gadających. Na jawie, zadałabym sobie pytanie, jakim cudem wszyscy, łącznie ze mną dotarli w to odludne, bezimienne miejsce, które określiłabym jako  kompletne nigdzie.  Ale we śnie nawet nie przyszło mi to do głowy. Zatem, Pow Wow lasek na rurze odbywało się nigdzie. Nie prowadziły do tego miejsca żadne asfaltowe drogi, telefony komórkowe traciły zasięg, a GPS-y  powtarzały beznamiętne ‚zawróć’, które doprowadzały kierowców do szału. Pomimo ewidentnych utrudnień natury topograficznej, zgraja mężczyzn, kobiet i dzieci w różnym wieku, już dawno dotarła na miejsce  i najwyraźniej bawiła się świetnie. Wokół centralnej konstrukcji z areną, stały rozkładane krzesełka campingowe.
Tuż obok krzeseł rozpuszczały się lodówki przenośne, a trochę dalej smażyły się ufajdane pick upy.
Na środku areny sterczały Rury do Tańca. Około siedmiu.
Zawodniczki też sterczały, tyle że w chaotycznej kolejce. Dorodne jałówki z numerkami, przytroczonymi do skromnych bikini. Wszystkie były blondynkami na szpilkach.
Miały bardzo duże biusty i jeszcze większe źrenice. Oba organy wyglądały, jakby były napompowane helem lub głupotą.
Nie pamiętam, który z tych gazów jest lżejszy. W każdym razie ani biusty, ani źrenice nie ciążyły dziewczynom.
Dziunie wbiegały na arenę, wykręcając sobie nogi w kostkach w piachu, łapczywie łapały za rury i odwalały taniec a la maniana.
Jury od Rury składało się z jednego, zwalistego człowieka, ubranego w purpurową togę. Miał też coś na głowie, ale z daleka nie potrafiłam rozróżnić, czy była to tiara, mitra czy bejzbolówa. Głowa faceta osadzona na górze nieruchomego mięcha mlaskała, tyle razy ile wynosił numer dziewczyny, która przypadała głowie do gustu. Tłum klaskał, gwizdał i bekał dwutlenkiem chmielu.
Popatrzyłam na widowisko i nie wiadomo dlaczego powiedziałam : ‚Toż to radośniejszy cyrk, niż ukrzyżowanie!’
Chyba mnie po….ło! Takie bluźnierstwo! W takim miejscu! Chyba mnie po….ło! Najgorsze było to, że pomimo zgiełku moje słowa dotarły do uszu Papieża Rozpusty. Zrobił się czerwony na gębie. Okazuje się, że cynober świetnie wygląda przy purpurze.
Wstał. Na stojąco-wkurząco był tego samego wzrostu, co na siedząco-mlaszcząco. I długim kijem ze złotą, kaczą główką pokazał mi ‚Ausfahrt’! Ausfahrt?
Sięgnęłam ze zrezygnowaniem do kieszeni jeansów po kluczyki od pick upa, ale trafiłam na mały kamyk. W mojej dłoni zaczął się telepać. Wkrótce urosły mu dwa maleńkie skrzydełka i wzbił się do lotu. Powirował chwilę nad głową mięcha i nasrał mu na tiarę.  W tym momencie się obudziłam.