wczorajsza noc jest dzisiejsza

Miałam piękny sen. Śniło mi się w nocy, że jadę na pięterku czerwonego double-deckera przez most Westminster.  Jadę nim za dnia. Dzień jest słoneczny i stary Londyn wygląda świetnie pod błękitem nieba,  w promieniach słońca. Most nigdy się  nie kończy. Jadę milami i milami.  Milami morskimi, gdyż Tamiza jest bardzo, bardzo szeroka w moim śnie. Wstaję z siedzenia i próbuję przejść przez całą długość autobusu.  Do schodków, prowadzących do wyjścia. Nie jest łatwo. Autobus mknie, kiwa się na boki, a ja potykam się i obijam o siedzenia. Pejzaż miejski za oknami jest rozmazany. Momentami, słońce oślepia mnie i muszę zamknąć oczy z bólu. Zaćma, którą noszę w lewym oku nie znosi igieł światła, które wbijają się w jego rogówkę w piękne dni.

Autobus zasuwa stówą przez most. Most wydłuża się w oczach. Ja idę na sztywnych nogach, trzymając się uchwytów i oparć siedzeń. Na jednym z nich zauważam książkę o wyrwanej okładce. Nigdy się nie dowiem, czy była to powieść Acimana ‚Osiem białych nocy’, bo nie umiem czytać drobnego druku z takiej odległości i w dodatku w pędzącym autobusie. No, więc autobus nadal jedzie, most wydłuża się, a ja idę. Czyli wszyscy stoimy w miejscu. Tylko Tamiza płynie w poprzek nas dokładnie, jak czas poprzez przestrzeń. Dlatego właśnie mamy dnie i noce, czyli czarno-białe sztachetki w płocie wieczności. Tralki i antytralki w balustradzie mostu, przewieszonego nad rzeką Trwam.

Tu prawdopodobnie skończył się mój sen. Obudziłam się dziś rano i tyle pamiętałam z nocy. No właśnie, z której nocy? Wczorajszej? Przecież obudziłam się dziś rano, więc pamiętam noc dzisiejszą.

-Niezupełnie

Mówi pod słońce most Westminster.

-Położyłaś się przecież spać wczoraj. Więc, ta noc była trochę wczorajsza.

Most zastanawia się  i wydłuża swój cień na mętnej wodzie.

-Właściwie, była też trochę dzisiejsza.

– To znaczy, że… przespałam, aż dwie noce? Musiałam być wycięta.

Most nabiera brudnej wody w usta i milczy.

Reklamy