jedna czterdziesta druga kobiety

Kobiety-sukienki, kobiety-tuniki, kobiety-szminki
Kobiety-perfumy, kobiety-pigułki, kobiety-dziewczynki

Kobiety-włosy, kobiety-paznokcie, kobiety-iphony
Kobiety-wtyczki, kobiety-ekrany, kobiety-neony

Kobiety-cycki, kobiety-usta, kobiety-stonogi
Kobiety-sklepy, kobiety-domy, kobiety-ostrogi

Kobiety-planety, kobiety-komety, kobiety-rakiety
Kobiety-kanony, kobiety-hormony, kobiety-neurony

Kobiety-ryby, kobiety-piły, kobiety-fiszbiny
Kobiety-ostrygi, kobiety-perły, kobiety-bursztyny

Kobiety-czeki, kobiety-banki, kobiety-rogi
Kobiety-stringi, kobiety-matki, kobiety-blogi

Kobiety-pończochy, kobiety-torebki, kobiety-aktorki
Kobiety-szpilki, kobiety-pacynki, kobiety-norki

Reklamy

Londynia po północy

she’s a thriftstore diamond
secondhand junkie queen
dressed with rags my private
shiny eyed glass figurine

Dziś około szesnastej czasu Grynicz, spojrzałam wokół. Zezem zbieżnym objęłam całokształt kawiarenki. Wszyscy mówili z pełnymi ustami po francusku i pokazywali niegrzecznie palcami białe plamy na googlemapie. Próbowali zlokalizować Rive Gauche. Z piątego piętra Tate Modern widać było długo, długo nic. To był piękny widok. Nieco niżej, sterczały w równych szeregach marniutkie korony brzózek. Gdy śni ci się brzoza to… na pieniądze. Śpij. Kilka dni temu był niezły korek w brytyjskim powietrzu,aż moja poranna owsianka struchlała.  Na samym dole niczego migotały światełka choinkowe i czarnoksiężyła papa na dachach odświętnych bud z grzanym winem i kiełbachą.
Był też facet w białym podkoszulku, który umiał zrobić wszystkie pompki! Widziałam na własne oczy. Nawet się nie spocił. Zeszłam na balkon poniżej i zapytałam jednego z francuskich topografów, czy mógłby mi zrobić zdjęcie na update’a. Odpowiedział, że chętnie. Podałam mu aparat, ostrzegłam, że ma być ostre, bez filtra i wyskoczyłam przez balkon. Z dołu zawołałam.
-Mamy to?
-Putain de merde!
Odburknął i rzucił moim aparacikiem o South Bank. Z tego właśnie powodu dziś nie będzie update’a.  Pieprzone żabojady. Nie potrafią złapać ostrości na performans.
Leżałam przez chwilę na wznak pokoju i patrzyłam na ciągłą, podwójną linię na niebie. Dokładnie taką samą jak ta, która snuje się za ogonem rozpędzonego samolotu. Z pewnością symbolizowała jakiś zakaz. Zakaz wyprzedzania na niebie? Linia stopniowo rozpuszczała się w błękicie, jak mleko w angielskiej herbacie. Nagle poczułam potrzebę mocniejszych wrażeń. Szybszej jazdy w kierunku przeciwnym, z możliwością przecięcia ciągłej podwójnej w dogodnym dla mnie miejscu.
Pozbierałam się zwinnie z zadziwiająco zielonego trawnika. Otrzepałam mój elegancki długi, czarny płaszcz  z resztek lotu. Poprawiłam czapeczkę z tak modnych w tym sezonie cekinów i poszłam na Borough Market. Na fejsbukowym pejdżu mają czterdzieści pięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt osiem lajków (w tym mój). Nie uwierzycie! Wszyscy z 45 368 lajkarzy byli tam dziś jednocześnie.
Między szesnastą, a siedemnastą czasu Grynicz. Nie byli już właściwie tłumem. Poruszali się bez ruchu. Płynęli w miejscu, jak zastygła rzeka. To był prawdziwy mur, zbudowany z ludzkich ciał.
W powietrzu unosił się niesamowity i złożony aromat. Pieczone jabłka i kiełbasa, rozgrzany karmel i zimny zapach świeżych ryb. Chleb i korek od wina. Lekki zapach rozkładającego się ciała i duszy.
Kurz z trotuaru i kawa z Monmouth Coffee. Kokieteryjny bukiet słodkich perfum na szyjach radosnych Włoszek i piżmo spod moich polpach. Dziś po raz pierwszy w życiu przeszłam przez prawdziwy mur. Now, you can call me Madame Dutilleul.
Londyński dzień po drugiej stronie muru był prawie identyczny z tym, który zaczął się wiele godzin temu nad ranem. Światło naturalne zostało w całości wyparte przez znacznie piękniejsze światło latarni i witryn sklepowych. Zamknęłam oczy, uniosłam ramiona i w trymiga znalazłam się w Camden Town wśród wariatów. Wszyscy mówili po włosku i uśmiechali się do sera Cheddar. Leżał na ladzie kramu z serem. Na drewnianym szyldzie widać było podziurawiony napis National Cheese Emporium oraz wizerunek szarej myszy z ogromnymi przednimi zębami i kawałkiem Emmentalera w przednich łapkach. Mysz wyglądała właściwie, jak wcinająca żółty ser szara wiewiórka.
-I want to buy some Cleese!
Oświadczyłam sprzedawcy.
-‘Oh, I thought you were complaining about the bouzouki player.’
Odparł sprzedawca i zignorował mnie.
-‘Ah. Stilton?’
Cisza.
-‘Emmental? Gruyère?’
Cisza i zgiełk.
-‘Any Norwegian Jarlsberger, per chance?’
Mysz z szyldu wyszczerzyła nieprzyjaźnie dwa, przednie zęby. Na końcu języka miałam Liptauer, gdy ktoś złapał mnie za rękę i pociągną w górę.
Był to czarny anioł. Piękny, młody, czarny anioł bez skrzydeł. Poruszał się z gracją i bez ograniczeń, we wszystkich kierunkach. Miał na sobie czarne powiewne szaty, skrojone na miarę przez dwóch lub trzech japońskich krawców, czarne buty o nadmuchanych helem podeszwach i intrygujący lateksowy berecik z antenką. Długie, jedwabiste włosy do pasa zrobione były z prawdziwego jedwabiu. Płynęły w powietrzu za aniołem.
-Dokąd lecimy aniele?
Zapytałam w locie.
-Do Charity shopu po kieckę.
I tak też zrobiliśmy. Wciśnięta w nowiutką, rozpadającą się w dłoniach ze starości czarną sukienkę z delikatnej żorżety i koronek, stanęłam z powrotem stopami na twardej ziemi. Anioł też stanął. Miał dosyć fruwania nad głowami przechodniów. Wielu z nich niosło ostro zakończone choinki, które zahaczały o jego szaty.
-Pierdolę święta.
Powiedział nieraz anioł, podirytowany. To było wcześniej. Teraz, patrzył na mnie z zachwytem, mimo iż wyglądałam, jak wielgachna, podstarzała lalka w sukienusi do kościstych kolanek.
– Teraz, jesteś gotowa.
Szepnął i zaciągnął mnie do jakiejś nory. Niestety, nie była to futurystyczna nora Cyberdoga. Trzypoziomowa i pełna fosforyzujacych z podniecenia cyberfallicznych szpejów. Szkoda. Nora, którą szliśmy nieco zgarbieni wypełniona była ciepłym powietrzem i szumem przejeżdżających przez nią pociągów. Wkrótce, znaleźliśmy się przy jednym z wyjść z nory, ale nie zauważyłam, kiedy dokładnie ją opuściliśmy.
W środku i na zewnątrz było tak samo ciemno, jak w norze. Przez chwilę szliśmy po śliskiej trawie przez jakieś, niekończące się pole w sercu miasta.
-Błonia? Jest zjazd aniołów? Tak? Hufce z całego świata spotkają się tu dziś i będzie bal? Czy będzie Lucek? Zawsze chciałam go poznać i zapytać, o co kamon z czarnym światłem. Czy ono naprawdę wszystkiemu przyświeca? Co słychać u jego brata? Czy nadal łupie go na krzyżu? To musi być straszne cierpienić za miliony. Ale za miliony, kto nie byłby gotów na najgorsze…
Gadałam, jak najęta, a anioł uśmiechał się tajemniczo. Zasłonił mi oczy czarnym woalem, który zdjęłam dopiero u Bram Światła i Dźwięku. Znaleźliśmy się w mieście żarówek i sztucznych ogni. Mieszkali w nim ludzie o czerwonych twarzach, błyszczących oczach i rozczochranych włosach. Wszystko było w zasięgu ręki. Wata cukrowa, jabłka w czekoladzie, grzane wino, fosforyzujące marshmallowsy, autentyczne suweniry z każdego miejsca na ziemi i wiele innych atrakcji. Anioł śmiał się teraz na całe gardło i ciągnął mnie za sobą. W głąb krainy, zbudowanej na wielkim wydeptanym trawniku z kabli, straganów, światła i hałasu .
– Co to za miejsce, aniele? Czy ja umarłam?
-Jeszcze nie. Ale to też da się załatwić.
-Czyli, że jesteś aniołem przez wielkie ‘Ś’?
Wkrótce, siedziałam na ruchomym tronie, przypominającym fotele w bolidach Formuły 1. Ogromny zagłówek w formie litery ‘u’ z dwoma, miękkimi skrzydłami po bokach chronił moją głowę przez wzrokiem obcych i jednocześnie ograniczał moje pole widzenia do marnych sześćdziesięciu stopni za zewnątrz, w górę i w dół.
Solidny pałąk w poprzek mojej klatki piersiowej dociskał mnie do fotela. Miałam również do dyspozycji dwa metalowe uchwyty, które złapałam w dłonie. Ziemia rozstąpiła się, zamknęłam oczy i chyba runęłam w górę. Moja głowa dyndała się na wszystkie strony albo odpadła. Tak przypuszczam, bo w gruncie rzeczy strony nie istniały. Nie było dołu, góry, przodu, ani tyłu. Nie było śladu po ‘w bok’. Otworzyłam jedno oko. Wszystkie planety były zamazane, a dalsze komety zlewały się z meteorami.
-Wow! Ładny Bokeh.
Powiedziałam do siebie i zrobiło mi się nagle byle jak. Było mi wszystko jedno. Pełne krwi serce dudniło w moim wnętrzu. Miałam teraz w środku wyłącznie wielkie, rozdygotanie serce i tubę do oddychania. Ani śladu po bebechach, macicy, jajnikach i przysadce mózgowej.
– Teraz, jesteś gotowa.
Usłyszałam słowa płynące z megafonu umiejscowionego, gdzieś pod ziemią.
Telepałam się od początku do końca świata, w bezstronnych przestworzach.
Bez wymiarów, kierunków i lęków. Tak prawdopodobnie wygląda podróż przez czas, pozbawiony przestrzeni. Historię, pozbawioną zabytków. Sens, pozbawiony konceptów. Przez wieczną minutę, pozbawioną sekund. W tym właśnie, pozaczasowym momencie gwiazdy porzygały się na moją, śliczną sukienkę.
Była teraz naprawdę piękna. Podarta w strzępy od bioder do kolan, cała mieniła się od kosmicznych rzygowin. Przykleiła się do mnie szczelnie, jak gorset od J.P. Gaultiera. Zebrany w sztywne kontrafałdy karczek powiększał optycznie mój niewielki biust. Twardy plastron, wszyty z przodu pod karczkiem waloryzował mój płaski brzuch. Wyglądałam, jak gwiazda na ściance. Czułam się tak źle, że aż dobrze. Czarny anioł pływał w powietrzu przed moim nosem. Czarne, stylowe ciuchy falowały. Wyglądały, jak atrament wytryśnięty ze strzykawki w szklankę wody. W miarę, gdy jego szaty rozpływały się doszczętnie, anioł stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż wypełnił całe, gwieździste niebo nad moją głową. I nic więcej się nie zdarzyło tej nocy w Hyde Parku.