grób kryminalisty

Zbigniew Libera, ‘Grób kryminalisty’. dzieło sztuki dedykowane dwóm, polskim seryjnym mordercom.

Przebrzydki, niewielki rysunek wykonany prawdopodobnie w afekcie, tępym, jak przypadkowe narzędzie zbrodni, ołówkiem.  Projekt monumentu nagrobnego dla dwóch wampirów, Stanisława Modzelewskiego i Zdzisława Marchwickiego. Fakt, że Zbigniew Libera bawi się od czasu do czasu klockami Lego wcale nie oznacza, że ma zadatki na wampira.
Stanisław Modzelewski urodzony z kobiety, drogą naturalną piętnastego marca 1929 w pewnej dziurze koło Łomży, zmarł trzynastego listopada 1969 w stolicy. Czterdziestolatek bez dwóch dni, zawisł na stryczku, lecz  zanim zadyndał na sznurze,  żył i niszczył  życie w Polsce pod pseudonimem ‘Wampira z Gałkówka’. Miał ukończone trzy klasy szkoły podstawowej, zawodowe prawo jazdy i żonę. Nie zrobiłby krzywdy mężczyźnie, ani dziecku do lat dziesięciu. Za to kobieta w każdej postaci powodowała u niego ogromny wstrząs emocjonalny i nieodpartą chęć zaciśnięcia na jej szyi pętli czasu. W roku swoich dwudziestych trzecich urodzin udusił własnymi rękami Józefę i nie wiadomo czyim szalikiem Marię. W 1953 udusił tylko Teresę. W 1954 nikogo nie udusił. Za to w 1955 udusił dwojga imion Irenę Bernadettę. W 1956 udusił za pomocą szalika Helenę i Helenę. Jedenaście lat później zabił Marię, ale zupełnie inaczej. Nie udusił jej w plenerze. Utopił w wannie, a na dodatek poza odcięciem Marii dopływu tlenu do mózgu i wypełnieniu jej płuc wodą, pokiereszował jej pośladki nożem.
W śledztwie przyznał się do zabójstwa ośmiu kobiet, pomimo odnalezienia jedynie siedmiu ofiar. Tajemnicza, ósma ofiara Modzelewskiego miała zostać zamordowana pomiędzy ostatnią szóstą ofiarą serii z Gałkówka, czyli licząc od Józefy do drugiej Heleny włącznie, a ostatnią ofiarą mordercy znalezioną w warszawskiej wannie. Matematyka, matematyka.

Zdzisław Marchwicki, również urodził się z matki.  Ujrzał światełko w tunelu rodnym powszedniego słotnego, śląskiego dnia październikowego 1927 roku i umarł przez powieszenie na szarą wiosnę w Katowicach 1977 roku. Bębny  szol wszystkich kopalni Śląska wirowały wówczas hipnotycznie. Wielkie, stalowe koła kręciły się przede wszystkim zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zmieniając kierunek co sześć, a może siedem godzin. Kamienny, polski węgiel sunął po czarnych taśmach do milionów wagoników i ogrzewał domostwa całego bloku socjalistycznego. Dumny górnik fedrujący na przodku i buńczuczny, zwykły robotnik harowali w brudnym pocie czoła. Budowali mlekiem i miodem płynącą Polskę o umorusanej facjacie i potężnych bicepsach. Codziennie głębiej i głębiej. Coraz głębiej. Wszystkie kopalnie Śląska. Czarne ręce i czarne twarze. Z każdą szychtą, polski gmach piął się wyżej i wyżej. Coraz wyżej. W kopalni normalny dzień nie przeżyłby. Nie miałby szans, jak ofiary seryjnego mordercy. Kopalnia to niekończąca się noc psychopaty. Tunel cieniem wyścielony.
Wampir z Zagłębia grasował zarówno w świetle dziennym, jak i po zmroku przez pięć lat. Prawie zawsze we mgle. Nie dusił. Walił z dużą siłą tępym, ciężkim przedmiotem w tył głowy. Kobieta upadała i traciła przytomność. Bił ją wówczas, aż przestawała oddychać.Kiedy było już po wszystkim, uprawiał seks z denatką. Nigdy się nie dowiemy czy robił to z miłości, czy z nienawiści. Seks, jak kilof ma dwa końce. Jeden szpiczasty, a drugi spłaszczony. Przypisano mu dwadzieścia jeden morderstw i aktów nekrofilii, czyli czterdzieści dwa ciężkie przestępstwa. Żmudne śledztwo dreptało w błędne kółko, aż któregoś dnia wydobyto z Przemszy, jednego z najbardziej zatrutych nurtów wodnych naszej ojczyzny, zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek. Jolanta była bratanicą Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nagroda za wskazanie zabójcy wysokości miliona złotych sprawiła, że do MO wpłynęły setki donosów. Na ich podstawie stworzono model hipotetyczny zawierający 465 cech fizycznych i psychicznych, które miał posiadać wampir o pseudonimie ‚Ryba’. Milion w 1968 roku to był majątek. I dorwali go. Dziewięćset osiemdziesiąt jeden  żywych kobiet z hipotetycznego, okrągłego tysiąca niebawem martwych kobiet złożonych w ofierze na tysiąclecie Polski odetchnęło z ulgą. Podobno, nagroda nie została wypłacona, nawet kiedy w styczniu 1972 roku żona Marchwickiego wskazała na swojego męża i przy okazji złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad nią i ich dziećmi. To był koniec sprawy. Z zebranych dowodów wynikało, że morderca miał problemy z erekcją, których Marchwicki nie miał. Poza tym, sprawca był mańkutem, a Marchwicki był praworęczny.  Śledztwo zostało zwieńczone sukcesem. Marchwicki został oficjalnym wampirem z Zagłębia. Na nic się zdały tragi-patetyczne próby zwrócenia na siebie uwagi  niepełnosprawnego umysłowo Piotra Olszewy, który przesłuchiwany przez policję w 1970 roku zeznał, że jest poszukiwanym zabójcą kobiet. Został wypuszczony z aresztu i dziesięć dni później zabił nożem żonę, dzieci zabił młotkiem, a siebie i dom rodzinny polał benzyną i podpalił.

Polska socjalistyczna zmarła śmiercią naturalną, a grób kryminalisty jest pusty, proszę Pana.

Reklamy

Owocówka jabłkóweczka song (trad.)

dzisiaj jem jabłka z robakami
na znak przyjaźni między sadami
soczyste jabłka z mojej jabłoni
wiszą bezmyślnie w zasięgu dłoni
zrywam i szukam śladów robaka
jest!
oj, znowu będzie o jabłko draka
obracam w dłoni owoc zielony
wirują wokół koślawej osi
krater, ogonek, piegi, pieprzyki
wygryzam w jabłku mały Pacyfik
larwa motyla leży bez ruchu
w obskurnej norce
chyba, na brzuchu
odwracam owoc i gryzę Stany
robak jest trochę zdenerwowany
trzymając w palcach niby-ogryzek
nadal krajami gryzę i gryzę
‘I co? szczęśliwy, że zaszły zmiany?’
pytam nagiego robaka w norze
lecz robak milczy zafrasowany
zmuszona jestem pójść z nim na noże
apjać, na nic pertraktacje się zdały
‘cóż, skoro jesteś aż taki cwany,
ciała się brzydzę twojego, mały
wiem, to okrutne, mam inne plany
czas się ocucić, żegnaj kochany’
zapadła w sadzie cisza przeklęta
niechętna cisza, nie byle jaka
robak zdziwiony przetarł oczęta
‘jakaż ta jabłoń mała z lotu ptaka?’