Góralska Pogoda

Dzień wstał wątły i cherlawy. Było już koło południa, gdy nadal snuł się bez ikry po deptaku górskiego kurortu. Dlatego właśnie postanowiłam ruszyć znanym, brunatnym szlakiem. Dla dodania zakopiańskiemu dniu otuchy i ot, po prostu dla zdrowia. Zakopane słynie ze zdrowia, otuchy i wyśmienitych dań barowych na oleju. Brunatny szlak to ten, wiodący od dworca autobusowego do świateł pod ‚Granitem’. Na wysokości skrzyżowania z Krupówkami może prowadzić w lewo lub prawo albo na wprost. Dalszy ciąg przygody zależny od naszego, osobistego wyboru. Stopień trudności wszystkich trzech wariantów jest bardzo podobny, za to walory estetyczne i wysokie, emocjonalne doznania górskie, jakich dostarcza szlak, są we wszystkich, trzech, brunatnych przypadkach nie do opisania. Mijałam własnie Równię Krupową, gdy coś przemknęło się znienacka przed  moim nosem, szturchnęło  kościstym łokciem w podbrzusze i na do widzenia, bezpardonowo podłożyło mi nogę.
-Oj! Proszę uważać. Do diabła ! Oj! Boli, boli. Tu, są wysokie, do cholery jasnej góry! Tu nie można tak po prostu, po chamsku, jak na Marszałkowskiej!
Szturchnięta do głębi zebrałam się z bólem z asfaltu. Rozmasowałam boląca kostkę, podniosłam głowę i obrzuciłam wściekłym, ceperskim wzrokiem to, co na mnie wpadło, jak ogłupiały trzmiel przez otwarte okno kuchni. Coś stało w odległości około dziesięciu kroków ode mnie i nie wyglądało na trzmiela.
-To, Ty?
-Hej! A dyć, jo. Fijut!
Mruknęło i zagwizdało coś, pospiesznie odwracając się do mnie tyłkiem.
-Czekaj, no! To, Ty! Znam ciebie. Jesteś…  Ty jesteś Góralska Pogoda.
Góralska Pogoda spojrzała na mnie spod rantu filcowego kapelusza i nieco zawstydzona, bo rozpoznana, kiwnęła głową przytakując.
-A dyć, jo.
-No i co teraz będzie? Zimno? Ciepło? No, jak?
Góralska Pogoda otworzyła usta, ale uporczywie milczała.
– No, jak?
Pogoda odetchnęła głęboko i zdjęła z rozczochranej łepetyny mały, czarny kłobuk ozdobiony plastikowymi muszelkami. W tym momencie, halny wionął jej z obu uszu naraz, ciemno-kasztanowe włosy stanęły dęba pod wpływem silnej energii elektrostatycznej, uwięzionej w suchym powietrzu, a markotne czoło zachmurzyło się na zachodzie.
-Fijut!
Góralska Pogoda wyglądała nietęgo. Gębę miała zaczerwienioną do zieloności od gorzałki i porannych przymrozków. Nawet, nie próbowała jej ukryć pod przynajmniej trzydniowym zarostem i niechlujnie wychapaną grzywką. W górnej szczęce brakowało jej kilku zębów na przodzie, ale Góralska Pogoda od dawna nie uśmiechała się do nikogo i dlatego braki w uzębieniu miała w nosie. Wyglądała nietęgo. Za to, oczy miała piękne. Modre i świdrujące. Spojrzałam jeszcze raz na biedaczysko, tym razem z ubolewaniem. Koszulina z cienkiego płótna wisiała na mizernych obojczykach, jak biała płachta na żerdzi, sterczącej nad zakopiańskimi okopami, na znak kapitulacji. Na tyłku miała Pogoda portki. Owszem, z wysokiej  jakości, białego, podhalańskiego sukna, ale całe, jakieś takie ubabrane w brzydkie hektoparzenice i szpetne milibary. Od razu było widać, że ciśnienie straszne, a jednocześnie  biomet niekorzystny miała na portki. Na stopach, kierpce. Własnie, że kierpce! Nie szare filcoki na gumowej podeszwie, tylko plecione, skrzypiące kierpce, wspięte na wysokich obcasach. Na przeźroczystych, jak sople lodu na Siklawie, wysokich obcasach! Wysmuklały skutecznie przysadzistą sylwetkę i nadawały Góralskiej Pogodzie nowoczesnego, wysokogórskiego genderu.
-Ło żesz ty, a skąd to takie, kruca fuks faszon kierpce, Góralska Pogoda wytrzasnęła?
Zapytałam, siląc się na nutkę gwary w mowie.
-A dyć, łod Dżefreja Karpiela s Płoronina!
-S Płoronina? Pogoda jest siur? Nie zza mostu, jak się jedzie na Suche? Na pewno nie? Za  Suchem, jak się jedzie na Cipki?
-Eeee.
Góralska Pogoda wykrzywiła gębę i wzruszyła ramionami.
-Przeca, jakby Dżefrej w Cipkach sidzioł, to by ło tym łod rozu pisali w Tygodniku Płodhalańskim, naraz w Nowym Targu, na Łorawie, w Czikago, na Spiszu i w Tłoronto. I by sietnioki i cepry   wiedzieli!
‚Oczytana moczymorda’, pomyślałam. Pomilczeliśmy przez chwilę. Góralska Pogoda delektowała się własnymi słowami, ja zaś wyczekiwałam odpowiedniego momentu na zmianę tematu.
-A właściwie, to na co se tak Pogoda idzie, a? Bo generalnie rzecz biorąc, Pogoda świarnie jesienno-zimowo wystylizowana, ale z butów jak widzę, wiosna Pogodzie wystaje.
Góralska Pogoda wzruszyła ramionami, podrapała się w głowę, odpowiedziała byle co i zagwizdała.
-Kaz se idem? Dokiela? A bo jo wim? Fijut!
Z obu uszu Góralskiej Pogody powiał gwałtowny wiatr. Tym razem, zachodni. Kolejka na Kasprowy zatrzymała się. Turyści zadrżeli, zwiesili nosy na kwinty, po czym zabrali się czym prędzej do sztywnych fasiągów, stojących w Kuźnicach i zjechali na dół, do miasta. Zawiedzeni. Z konnych wozów dochodziły fragmenty markotnych dialogów.
‚Pan Buk sie na górali łobroził. Łoj, niedola! No, fakt. My tu na wypoczynek aktywny przyjechaliśmy, na nartki, na śnieg, a co musimy cały dzień robić? Pić musimy, bo nudy straszne. Cepry góralom pogode ukradli. Nieee, panicku. Jo przeca. Cmok. Wijo! Nic do państwa ni mom. Tylko se tak godom. Łoj, niedola! Pan Buk sie na gorali łobroził. Piekny koń, gazdo. Młody? Cmok. Heta, heta! A jo? Trzydziści roków. A wy? Czterdzieści dziesięć, osiemnaście i półtora. Halny łokropecnie duje, kruca i duje, a dutki kaj? Bedzie równe sto dwadzieścia siedem złotyk i sidymnoście grosy. Buk zapłać. Cmok. Cmok. Wijśta!’
Góralska Pogoda wyglądała na bardzo zafrasowaną.
-Może by jakiegoś bace zapytać?
Zasugerowałam. Góralska Pogoda wykrzywiła gębę w rozbrajającym, szczerbatym uśmiechu i spojrzała na mnie ubawiona do łez. Dawno się już tak nie uśmiechała do nikogo.
-Bace? Bace zapytać? Nie peć, kruca fuks! Łostatniemu bacy, co ło mnie hojco cosik widzioł, dawno sie zmarło na sabał syrca na Krupowkach! Kiek widzioł, jak Janosik Nendza Perepecko Litmanowski z pyłnom cukierków ryklamówkom ode Lidla, klałn z jamnikiem skrynconym z balonuf, misiek bez głowy z petem w zymbach, wypompowany góralski hamburger i pirot z Karaibow strybali się na fasiąg, wydrapany kozikiem w hamerykanskiej dyni. A dynie ciong pegaz! Na mój dusiu, prowde godom! Łoni do niego zamyrdali, zagadali ‚Niech bedzie pochwalony. No, Juzik, płojdze!’
A on tylko gębę rozwarł, roz na nich ziornoł i wykopyrtnoł na amen.
Zamyśliłam się na moment, wystarczająco długi, żeby Góralskiej Pogodzie udało się dyskretnie czmychnąć po angielsku, bez pożegnania. Zakopiański,  marny dzień poszarzał, a brunatny szlak wypełnił się przechodniami. Wesoła gawiedź podśpiewywała pod nosem, wykręcała sobie nogi w kostkach na bruku, ślicznie wyściełanym śmieciami, śmiała się do rozpuku i spacerowała  w tę i wew tę po słynnym szlaku. Wśród wrzawy wyraźnie usłyszałam biały, dźwięczny  głos. Zanucił  radosne ‚Heta! Wijśta! Wsio rawno!’
Był to autentyczny, góralski pegaz, zaprzężony do bryczki w kolorze gorzkiej pomarańczy. ‚Heta! Cmok. Cmok.’ Załopotał skrzydłami i odleciał w kierunku Kościeliska. Niziutko frunął. Z pewnością, na deszcz.
Reklamy

One thought on “Góralska Pogoda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s