Kwiaty Anglii

Najpiękniejsze kwiaty Anglii podlewa się od rana włoskim, zimnym, czerwonym winem, piwem z pięćdziesiątką szkockiej lub białym sikaczem z Przedpołudniowej Ameryki. Po dwunastej jest za pózno na podlewanie. Angielskie kwiaty rosną w ogrodzie wielkości doniczki. To dość duży ogródek, jak na lokalne warunki. To ordynarnie dryfujący ogródek, jak przystało na lokalne zwyczaje. W rzeczywistości, Anglia jest kawałkiem tweedu typu plain herringbone, pokrytym londyńskim mchem, nasączonym słonawą mgłą i sokiem ze słodkowodnych ostryg. Native oysters, zapiekane z polnymi ptaszynami i czym popadło, od zawsze zapełniały wygłodniałe brzuchy biedoty znad Ciemnej Rzeki. Kuchnia Zjednoczonego Królestwa do dziś bywa bogata w ciężkostrawne idiomy w cieście.
Z daleka lub z South Bank można by wziąć ten skrawek wełny, tkanej od lat na ziąbie, przez twardzieli o niewyparzonych pyskach i humorach w kratkę, w szkockiej dolinie Tweedu, za prawdziwą barkę. Płaskodenna łajba płynie sobie od niechcenia, z nurtem brunatnej rzeki. Nasiąka uroczym dziwactwem. Mija zielone pola, dziurawe torfowiska, szare wzgórza, żelazne mosty i betonowe nadbrzeża brunatnych miast. Naciąga, jak herbatka z chmurką. Gdyby nie klamry mostów, miasta rozpadłyby się na kawałki, jak crumble ze szkockich płatków owsianych i angielskich kwiatów. Ulubiony deser Królowej Tweedu. Przed każdym mostem na brudnej Tamizie, angielskie kwiaty pochylają na chwilę głowy. Niestety, większość kolorowych łepetyn już się nie podniesie. Kwiaty odpłyną z falami, kiwając bezmyślnie zwieszonymi łebkami. Nie negując, ani nie afirmując niczego kontynentalnego.
Czerwone róże znaczą miłość. Bukiet stokrotek niewinne kocham. Co tulipanią po pijaku najpiękniejsze kwiaty Anglii? What the fuck za pytanie? Ze niby co miałyby mieć innego pod płatkami, niż kwieciste dywagacje namiętnego słupka i niesfornych pręcików? Marzenia ściętej głowy o bzykaniu sie przed poludnie z foreign pszczola, of course.

Reklamy

Świętej pamięci regolit

Jeśli kiedykolwiek umrę przez przeoczenie, stanie się to z pewnością w wypadku liczenia gwiazd. Będę szła po miękkim trawniku, porastającym wysokie nadbrzeże morskie. Będzie noc. Trawnik dobiegnie końca i stanie się falezą. Mój nos, jak zwykle będzie w gwiazdach. Nieopatrznie potknę się. Nie zdążę krzyknąć, ani nabrać powietrza w płuca. Runę w dół, przebierając idiotycznie kończynami, jakbym szukała na oślep poręczy i stopni schodów. W dół.  Z ciemnej falezy. Po zrolowanym dywanie dla świętej pamięci V.I.P.-ów. Rozsypię się na drobne kamyczki. Umrę,  jeszcze w miarę żywa. Asynchronicznie i bez koordynacji. Morze zabierze mnie na drugi brzeg.

Nocne niebo wygląda najwspanialej, gdy leży się na wznak, a ono leży na nas. Ostatnie, co zapamiętam z życia to będzie sierpniowa noc w Alpach, Tatrach, Pirenejach. Albo w Apeninach. Ostatnia, Wieczorna Kąpiel.  W jeziorze, do którego wylałam kiedyś wiadro łez. Łzy wpadały do wody,  jak srebrzyste pieniążki w studnię życzeń i nie spełniały się. Pewnej nocy, gdy tak stałam nad brzegiem jeziora z wiadrem pełnym małosolnych łez,  ogromna ryba podpłynęła pod powierzchnię i łypnęła na mnie szklanym ślepiem. Przestraszyłam się.  Przewróciłam wiadro.  Wylało się na próżno. Resztę łez połknęłam, jak miecze i nad ranem zabrałam się na gapę z pierwszym, lepszym cyrkiem.

Woda jest gęsta nocą. Wchodzi się w nią, jak w satynową suknię na miarę. Pasuje, jak ulał. Dotykam jej fałd, podszewek, halek. Jest lekka, szykowna i wygodna. Opływa moje ciało elegancko. Jestem w niej piękna, chociaż mnie nie widać.

Potem, wyobrażę sobie z pamięci miłość w trawie. Zanim gwieździste niebo zdąży opaść całe na moją twarz, ramiona, tułów, nogi, przyspieszone oddechy kochanków zmieszają się doszczętnie z akustycznymi skrzypkami cykad, grających w trawie i recytowanymi w mojej głowie fragmentami poezji Boba. Będę leżała przygnieciona ciężarem granatowego weluroskłonu i śpiącego amanta. Niebo będzie cięższe i znacznie bardziej podniecone, niż odpoczywający mężczyzna. Mrugnie do mnie figlarnie gwiazdeczkami. Niebo da mi do zrozumienia, że chce ze mną robić rzeczy, których jeszcze nie próbowało z nikim żywym. Słucham? Mam nie budzić kochasia? Bałamutne niebo nade mną. Prawo zalotne we mnie.

Tuż przed śmiercią, otworzę na chwilę oczy i zobaczę wirujące ostrogi, które przetną niebo w kilku miejscach jednocześnie. Zanim gwiazdy znikną w wysokiej trawie, poczuję kłucie w nogach i ramionach, gdy upadną zbyt blisko mnie. Potem stężeję pośmiertnie i pomieszam się z kamieniami, żwirem i piachem. Nie zobaczę  wszystkich upadków. Ani z góry. Ani z dołu. Nie wyśpię się nareszcie po śmierci. Co za bzdura! Śpi się za życia. Za śmierci, kocha się z niebem i kamienieje.

Dąbdupadębowadore

‚Ile ty potrafisz słów wymówić na minutę, ja pierniczę!’ Powiedziało mi dziś dobitnie rano. Rzeczywiście, mówię nawet przez sen. Wiem, bo noc się skarżyła, że nie może przeze mnie spać. Postanowiłam zatem, transmutować dziś moje słowa w wyrazy i tym samym dać się nocy wyspać do rana, a ranu nie przeszkadzać w kontemplacji ciszy porannej.  Cisza poranna. Kto to wymyślił? Pierwsze słyszę, ciszę. Jeśli mieszka tu jakaś cisza, to tylko po to, by wszystko lepiej zagłuszać. Ćwierkościsk panujący w koronach drzew, Lux Aeterna Ligetiego w wykonaniu pszczół i bąków, puszczana na okrągło w krzewie czarnego bzu. Wycie dzikiej piły w tartaku od szóstej trzydzieści. Natrętny plusk wody w potoku. Deszcz. Coraz większy plusk. Co to za szmer? To moje wspomnienia. Przesypują się, jak piasek między palcami dłoni. Szczekanie psa na uwięzi. Chrobotanie spuszczela w legarze. Świst wiatru w szczelinach framugi okiennej starego domu. Łoskot z jakim róża otwiera swój pąk. Odgłos spadającego na ziemię arbuza. To, nic w porównaniu ze skowytem, dochodzącym z grządki z piwoniami, gdy w agonii tłuką ciężkimi głowami o ziemię. Grządka japońskich agonii, usłana pąsowymi płatkami faluje od setek mrówek. Mrówki podśpiewują sobie pod nosem smutną piosenkę o róży. Nucą bezustannie, jak tragarze w afrykańskim kraju, gdzie nie rosną piwonie.

‘Pourtant j’étais très belle
Oui j’étais la plus belle
Des fleurs de ton jardin…’*

Znów się rozgadałam o ciszy i śpiewam z mrówkami, a miałam transmutować.  Przed moim oknem rośnie rozłożysta jabłoń. Widzę fragment zielonej i wyjątkowo bujnej tego lata korony drzewa, które było tu zanim powstał dom. Dom jest stary i z drewna. Jabłoń jest wiekowa. Ja mam wiele godzin lotu za sobą. To jeden z błyskotliwych idiomów, funkcjonujących w  języku francuskim. Znałam kiedyś piękną kobietę. Wysoką blondynkę o niezaprzeczalnym i rzadkim talencie do osiągania bez wysiłku w pocie czoła wszystkiego, co wysokiej blondynce jest nieodzowne. Zanim pojawiły się pierwsze zmarszczki wokół ust (te bolą najbardziej), dorobiła się pięknego męża, bogatego domu, dochrapała mądrego dziecka. Słoneczne dni spędzała na tarasie swojej, nowoczesnej willi w bikini. ‚Mamo, zamiast się smażyć cały dzień, może byś się pouczyła języków? Zasugerowało mądre dziecko.  ‚I czego jeszcze? Może w dodatku obcych?’ odparła, wsmarowując masło kakaowe w złotą skórę swych pięknych ramion.

Francuskim dla obcokrajowców posługiwałam się  bez wymówek przez dwadzieścia lat i codziennie zaskakiwał mnie, kolejną subtelnością. Życie jest prezentem. Życie to nie prezent. ‚Chaqun sa merde. C’est simple, comme bonjour’

‚Któregoś dnia powieszę się na tym dębie. Zobaczysz. Któregoś dnia wstaniesz, zrobisz sobie, jak co dzień kubek herbaty. Chmurka mleka rozleje się po niebie Liptona. Podejdziesz do okna, a ja będę dyndał na tej gałęzi.’  Powiedział chłop, jak dąb z psychiką dupka żołędnego, patrząc przez okno kuchenne na rozłożysty dąb szypułkowy. Dąb rósł przy parterowej willi, w pięknym parku, we wciąż rozrastającej się koronie dużego miasta w rozłożystym kraju nad Sekwaną i innymi, wspaniałymi rzekami o odmiennych nazwach. Powtarzał tę kwestię niejednokrotnie i wpatrywał się w szary pień drzewa. Czekał, aż dąb poda kolejną kwestię, dzięki czemu mógłby nareszcie odegrać słynną scenę z wisielcem do oklasków, jak przystało na parkowego kabotyna. Zmieniał czasami dynamikę, rytm, intonację. Nigdy treści. Dąb zawsze miał dziurę. Znali się dobrze z dębem od ponad trzydziestu lat. Oczywiście, jeśli założymy, że znać kogoś dobrze jest wtedy, gdy widzisz go codziennie rano. Pijesz z nim kawę. Jesz śniadanie, patrząc na niego. Mówisz do niego, a on do ciebie nic. Tylko stoi nieruchomo. Możemy zatem powiedzieć, że byli dobrymi kumplami. Może nawet kochankami. Mogliby razem korę kraść! Dąb miał obecnie około stu lat. Był smukły i o wiele wyższy od parterowej willi na wysokiej podmurówce, zbudowanej u jego podnóża. Jeśliby zignorować tabliczkę z absolutnym zakazem  ‚È pericoloso sporgersi’ i wychylić się z kuchennego okna, można było z powodzeniem dotknąć dłonią jego chropowatego i rosochatego od wysokości dwóch metrów w górę, pnia. Pogłaskać trąbę stuletniego słonia, stojącego na jednej, dębowej nodze w rozległym parku otaczającym podmiejską willę o nazwie wygiętej z drutu i przytwierdzonej do beżowej fasady. ‚Ma-vie-la’. W wolnym tłumaczeniu: ‚moja willa,  moja willa, moja wielka, wielka willa.’ Willa mogła z powodzeniem nosić zupełnie inną nazwę drucianą. ‚Rien-sans-peine’, czyli ‚Orka na ugorze’. ‚Do-mi-ci-la-do-re’. ‚W dom-mi-graj’. Gama z powyłamywanymi dźwiękami, którą ćwiczy każdy król Karol z królową Karoliną w zamku z pustaków i snów. ‚Nie opowiadaj bzdur. Jak będziesz nadal mnie zadręczał, to karzę go ściąć!’ Powiedziała Pani domu do swojego syna szypułkowego. ‚Tato, słyszałeś? Mama chce…’  Około trzydziestoletni mężczyzna odszedł od okna i otworzył każdą z setek szafek kuchennych, wykonanych z płyty paździerzowej i pokrytych fornirem, imitującym dąb jasny. Trzaskał drzwiczkami w poszukiwaniu papierowej torebki z cukrem. Pił kawę wyłącznie gorzką i z domieszką cykorii. Jadł cukier garściami. Czasami brało go na cukrową wyżerę. ‚Zamek mojej matki’, pomyślał i nadal miotał się po kuchni. ‚Cuisine intégrée’. Absolut Pani domu, o który walczyłaby do ostatniej kropli krwi, gdyby nadarzyła się okazja do bitwy na lniane ścierki i żeliwne rondle. Pełna zabudowa kuchenna. Od sufitu po posadzkę. Wzdłuż i wszerz. Kuchnia, wielka jak miasto. Każda szafka, jak kamienica. W kamienicy, mieszkania. Narożne mieszkania przysposobione w ekskluzywny tourniquet. Karuzela na gary. Istny zawrót głowy. Pierwsze, co poszło pod siekierę po śmierci Pani domu, matki chłopa żołędnego to była właśnie ta, historyczna miejscowość. Widziałam go, jak stał przez chwilę, w zamyśleniu lub katatonii z dłonią opartą o trzonek siekiery. Siekiera stała spokojnie, toporną głową w dół i opierała się w katatonii lub zamyśleniu o jego biodro. Potem zaczął się bal. W tan poszły drzwiczki ze skomplikowanymi zawiasami, szuflady wyposażone w ślizgowy, bezgłośny system wysuwania i wsuwania. Dwukomorowa, ceramiczna sadzawka z fontanną na zimną i ciepłą wodę, na której siekiera stępiła sobie swój głupi, kanciasty łeb, zatańczyła na bis z kilofem, kuzynem siekiery. Ale to było już po balu. W przeciągu trzech kolejnych tygodni, willa zmieniła oblicze. Jelitowaty korytarz, wijący się przez ponad trzydzieści lat, jak padalec od drzwi wejściowych do toalety, leżącej po przeciwległej stronie, stał się przestronnym, rozbielonym hallem. Natrętny ruch robaczkowy w ślepej kiszce bez okien, z której prowadziło dziewięcioro drzwi do dziewięciu pomieszczeń willi ustał. Wszystko, co do tej pory wchodziło z przyjaznym uśmiechem ‚bonjour, je suis de retour et toi, ma douce ca va?’, wszystko inne, co już znajdowało się w korytarzu, ignorując sympatyczne powitanie i pozostałe wszystko, co kryło się po kątach pokoi, wstrzymując oddech, żeby tylko nie wypuścić z siebie odrobiny życzliwości, przestało metodycznie spływać do kloaki, jak u padalca. Mocz, osiągnięcia sportowe młodego chłopca, wstrzemięźliwość mężczyzny, jajowody, aspiracje kobiety, nasieniowody, miłość, nienawiść, rutyna, wsio. Dziewięć pomieszczeń opodatkowanej przestrzeni życiowej. Dziewięć komórek tego, samego organizmu, składającego się z dwóch członków martwych i jednego członka żywego, odetchnęło z ulgą.

Pani domu odeszła. Chłop szypułkowy miał nagłą i gwałtowną chcicę na cukier. Pan domu opuścił pokład tratwy rodzinnej dawno temu. Tchórz. Szczur. Uciekł na zawał. Nikczemne kopsnięcie w infarctus tuż po czterdziestce, roztrzaskałoby rodzinną tratwę na drzazgi, gdyby nie Pani domu. Wzięła i pochowała tchórza, na którego i tak nigdy nie mogła liczyć. A co miała innego zrobić? W dniu pochówku szczura miała na sobie różowy kostium Chanel, toczek w tym samym kolorze, białe rękawiczki i apaszkę w bordowe ciapki, marki Dallas.  Pobrali się z tchórzo-szczurem z bliżej nieokreślonych przyczyn kilkanaście lat wcześniej. Pewnego pięknego, majowego dnia roku minionej elegancji. Przyszła Pani domu, a wtedy jeszcze Edith, w białej sukni inspiracji hiszpańskiej, o długim tyle, falbanach i obszernych bufkach, stąpała po bruku przed kościołem dużego miasta, synkopując. Delikatna woalka wpięta na iberyjskim grzebieniu z kości słoniowej w kok z kruczoczarnych włosów, wyglądała zjawiskowo. Perłowe pantofelki na sprzączkę utrzymywały rytmiczny kontakt z trotuarem. Można było jednak dać sobie głowę uciąć, że od pasa w górę Edith płynęła w krystalicznej wodzie powietrza. Wachlowała ramionami, które wiły się, jak wodne węże i odpływała z przymkniętymi brązowymi oczami w błękitną dal. ‚Jak to, nie ma Pan zdjęcia mojego trenu?To jakiś koszmar. Chyba wyraziłam się wystarczająco wyraźnie? Jaki pakiet? Czterysta zdjęć? W dupie mam twój pakiet? Gdzie jest mój tren, idioto?’ Edith rzuciła słuchawką telefonu, krusząc bakelit aparatu stacjonarnego. Już w pierwszym tygodniu zamążpójścia, wiedziała że łatwo nie będzie. Oj, nie. Była tylko słabą kobietą, która złożyła w ofierze wszystko, co najdroższe. Mrzonki. A on, podle poprosił ja o rękę i zaczął na damskiej, wyciągniętej z dobroci serca dłoni składować bukiety egzotycznych kwiatów, pocałunki, książeczki czekowe, kluczyki do samochodów bez dachu. Jak on sobie wyobrażał, że słaba kobieta ma to wszystko unieść? Wkrótce potem, Pan domu zdradliwie dźgnął ją ciążą. Została pchnięta nożem ciąży w brzuch, gdy stała nad przepaścią niepewności. W ramach protestu powiła mu syna. Pan domu cieszył się na widok żółtego i spoconego bobaska, jak dziecko. Nie wierzyła własnym oczom, że można aż tak się cieszyć na widok leżącego na wznak, niemego stworzenia o nieproporcjonalnie dużej, łysej głowie i krótkich, dygoczących kończynach. W ramach zaostrzenia protestu zabrała się do dekorowania willi, co zajęło jej z niewielkimi przerwami na podróże, około piętnastu lat.  W roku zakupienia kolejnego, brązowego dywanu do salonu Pan domu czmychnął. Zszczurzył. Odpokładził. Pani domu przejęła stery i dryfowała po oceanie łez nad własną niedolą do czternastego, zeszłego miesiąca włącznie. Zmarła piętnastego o szesnastej. Syn w międzyczasie urósł na potężnego faceta o szypułkowatej osobowości. Mieszkał sam w wynajętej garsonierze w centrum dużego miasta. Wykonywał odpowiedzialną pracę, chodząc po mieście z brązową teczką od poniedziałku do piątku. Na każdy weekend kalendarzowy wracał podmiejskim pociągiem do domu. Nienawidził tego. Nie mógł bez tego żyć. Wakacje spędzał na gadaniu do dębu. ‚Któregoś dnia powieszę się.’ Nie ma żadnych zdjęć z wakacji. Którejś, kolejnej z rzędu wczesnej jesieni, stojąc pod dębem dostał żołędziem w czaszkę. Stał tam od dłuższego czasu. Wpatrywał się w okno obserwując Edith, jak krzątała się po kuchni. ‚Czy drzewa decydują, gdzie będą rosły?’ zapytał okno. Żołądź upada na ziemię i wypuszcza dwa kiełki. Jeden ciągnie go w dół i przytwierdza do podłoża. Drugi ciągnie go w górę. Pomiędzy, jest miejsce na pionowe życie. Pomiędzy, jest miejsce na naciąganie. Stał pod dębem solidnie przytwierdzony do podłoża wyjątkową, starzejącą się kobietą  na wysokiej podmurówce, a jednocześnie coś ciągnęło go w górę. Ruszyłby się. Zamiast tego, wył na całe gardło do środka. Wyrwałby się z korzeniami i zabrał je w trok. Znalazłby lepsze miejsce, żeby sobie rosnąć. Rozkręciłby jakiś interes. Poznałby ludzi. Poznałby kogoś. Zrobiłby kilka zdjęć w towarzystwie. W plenerze. Wył w pień milczącego drzewa.

Po obróceniu kuchni w pył i zwoje poszarpanych kabli, większość ścian domu runęła. Każdemu z nas zdarzyło się przynajmniej raz podziwiać wnętrza ze spokojnych snów w czasopismach wnętrzarskich. Jasne ściany i posadzki, minimum mebli z salonu meblowego ‚Knieja północy’. Przestronna, jasna kuchnia z drzemiącym pod stołem labradorem. Kominek. Kubek dymiącej herbaty parzonej w imbryczku, a nie z latawca na sznurku, zanurzonego na trzy sekundy się we wrzątku i odciśniętego na łyżeczce. Wszyscy chcemy pogłaskać psa i wlepić wzrok w tańczący za ognioodporną szybą, płomień w norweskim kominku. ‚Mamo, co teraz będzie?’ Takie wnętrze, to kwintesencja autentycznego domu. ‚Jak ja cię, kurwa nienawidzę.’ Prawdziwy Dom to sześć rozświetlonych słońcem pomieszczeń, powstałych ze scalenia w funkcjonalne podgrupy pozbawione drzwi, dziewięciu klitek brązowo-beżowego maceratu, wypełnionego kanapami o wyleniałej, brunatnej tapicerce i ciężkimi meblościankami. ‚Kocham Cię, mamo.’ Krzesłami, stojakami na filodendrony i barkami na alkohole, na toczonych nóżkach, zakończonych skrzypiącymi kółkami. ‚Jak będziesz nadal mnie zadręczał, to go karzę ściąć!’ ‚Tato, słyszałeś? Mama chce…’ Connandąb kuchniogromca przeglądał numer Maison&jardin siedząc w aksamitno-brązowym, tapicerowanym fotelu. Pod spodem fotela, na listwie biegnącej tuż w zasięgu lewej ręki, przyklejone były gumy do żucia. Były tam od lat. Tajna kolekcja chłopa żołędnego. Cicha, nigdy nie odkryta przez Edith rewolta. Chłop żołędny sięgnął pod fotel i bezmyślnie wpakował sobie w usta sparciałą, pozbawioną smaku gumę do żucia. Miał ochotę na cukier. Za plecami miał zabejcowaną na ciemny brąz bibliotekę wykonaną na zamówienie przez stolarza, na którego grobie od wielu lat widniał napis: ‚Co dąb, to nie brzoza, co krowa to nie koza.’ Półki biblioteki uginały się pod brunatnymi książkami o zapachu stęchlizny, bibelotami z wakacji, których Pani domu przywoziła na tony, fotografiami o rdzawej dominancie, zastawami do kawy z beżowej glinki i dowcipnymi miniaturkami beczek na wino z zawieszonymi na gwoździkach drewnianymi kielonkami w stylu folk. Prezenty od dalekiego kuzynostwa Pani domu, po mieczu zza wschodniej granicy. Connandąb, uzbrojony w odpowiednie narzędzia i materiały walczył z budowlanym kompleksem Edyty. Metodycznie. Krok po kroku. Brąz płowiał, przestrzenie wewnętrzne powiększały, jak opuchlizna na przemęczonej chlaniem wątrobie. Z gruzów wyłaniał się nowoczesny loft. Rany cięte na dłoniach goiły się pod plastrami, siniaki bledły pod kojącym wpływem maści z arniki, a barki bolały znacznie mniej nad ranem. Tylko głowa pękała. Lato dobiegało końca, gdy chłop żołędny skończył remont. Gruz został wywieziony, bibeloty i meble oddane instytucji charytatywnej, a książki spalone. Dom oddychał spokojnie. Dach unosił się lekko i opadał. Dotlenianie domu nie było dostrzegalne nagim okiem, ale jego stan był stabilny. Odżywał. Z chłopem żołędnym nie było za dobrze. Nie miał już nic do zburzenia. Ani skrawka tapety w brązowe piwonie na tle beżowo-brunatnej kratki do zerwania. Ani jednego lustra w ramie z giętego żelastwa z imitacją róż, kolców i liści róż, do rozbicia na sztylety. Leżał sparaliżowany w łóżku, w pięknej sypialni w stylu skandynawskim i czuł nieodpartą potrzebę napełnienia się cukrem.

Pierwszego ranka jesieni po remoncie, widziałam, jak chłop żołędny wstał około dwunastej. Stanął pośrodku kuchni amerykańskiej, z centralnym barem i inkrustowaną w nim najnowocześniejszą kuchenką indukcyjną i jednokomorowym zlewem Wstawił wodę w elektrycznym, cichym jak elegancki samochód, dzbanku z nierdzewnej stali i zdębiał, patrząc w okno. Dąb znikł. Została głęboka dziura w trawniku. Otworzył okno. Z dziury dochodziły dźwięki. Wytężył słuch. Nadstawił ucha.  ‚Któregoś dnia, jak będziesz mnie nadal zadręczał, powieszę się na tym Liptonie. Zobaczysz. Któregoś dnia wstaniesz, zrobisz sobie, jak co dzień czterysta zdjęć. Chmurka mleka rozleje się po twoim trenie. Podejdziesz do okna, a ja będę dyndał na tym szczurze. Et toi, ma douce ca va?’

*piosenka autorstwa Cécile Caulier i Jacques’a Lacombe, znana z wykonania Françoise Hardy i innych.

   

 

jestem chłopak z zadupia
mam przyjaciół z zadupia
wszyscy się dobrze znamy
razem seks uprawiamy
coś tak nagle osłupiał?

na zadupiu jest bosko 
troche dalej za wiosko
stoi knajpa szalona
gdzie pracuje Ilona
tutaj noc zabujana
kocha się do rana

nasze dziunie w tej dziurze
tańczą dla nas na rurze
nie rusz bo w morde damy
chociaż żadne z nas chamy!
drugi raz nie powtórze

na zadupiu jest bosko
troche dalej za wiosko
stoi knajpa szalona
gdzie pracuje Ilona
tutaj noc zabujana
kocha się do rana

ty,co mieszkasz w stolicy
przy szerokiej ulicy
nuda cię ukatrupia
wpadnij raz do zadupia
by zapobiec nerwicy

na zadupiu jest bosko
troche dalej za wiosko
stoi knajpa szalona
gdzie pracuje Ilona
tutaj noc zabujana
kocha się do rana

Zabujanoc. Poemat romantyczny.

Zamykam buźkę w ciup i wyciągam nogi do nieba. Składam nóżki w małdrzyk i modlę się stopami. O co? O nic takiego. O szczęście w kartach i miłości. Niebo pod moimi stopami jest miejscami udeptane. Całe wilgotne od niebosierdzia niebieskiego i trochę kudłate. Wisi nad ociężałą niedzielą, która zwleka się mozolnie z łóżka powszedniego. Dzień pierwszy albo siódmy wstaje zakuty w cynowe buty, kiedy ja, lekkie stopy modlitewne bose noszę. I proszę. Proszę. Czy ty widzisz, jak ja proszę?

wyciągam nogi do nieba

Planety wirują wokół swoich osi.  Snują się leniwie po obłych orbitach. Ich opasłe brzuszyska ze śladami po ospie, wygrzewają się w słońcu gwiazd. Planety mijają księżyce o enigmatycznym wyrazie twarzy. ‘Tego, grubego, to  ja już, kosmos, gdzieś widziałam. Tylko gdzie, kosmos mać?’ Planety mają bardzo krótką pamięć. A księżyce są takie do siebie podobne.

Wieśniackie asteroidy, drepczą w kółko magiczne bouree. Tańczą wpatrzone w czubki ich opalizujących mokasynów na słoninie. ‚Ale zajepalizujące buty!Czy, cztery…’ Asteroidy liczą kroki. Jak wycieczka, oprowadzana po starym mieście, byłej stolicy, antycznego kraju. Na dwie czwarte. Na cztery. I hop.

Komety to młodzież bez przyszłości. Podróżują na gapia, wagonami towarowymi. Łapią okazję. Nigdy nie wiadomo, dokąd. Majtają ogonami na oślep. Ciągle w drodze. Wciąż wnerwione. Podkładają się i któregoś, kosmicznego dnia się doigrają. Komety nie zapowiadają niczego dobrego. Ani niczego złego. Cierpią na chroniczną zgagę i zdarza im się porzygać przez otwarte okna pociągu linii inter-galakticity na Alfę Centauri.

Podobno, któryś z poważanych naukowców powiedział, że kosmos zionie zimną pustką. Słysząc piskliwy głosik naukowca, dochodzący z pudełka po czekoladkach z likierem czereśniowym (prezent od studentów), kosmos wzruszył ramionami gwiazd i splunął pestkami wiśni na okrągły czerep naukowca. Naukowiec wyłysiał do cna i dostał nagrodę za całokształt. Wolicie zostać wiśnie, czy chcielibyście się dowiedzieć, jak jest naprawdę? No, to wam powiem. Czarne dziury kultywują międzygwiezdną nimfomanię i świetlną autoerotykę. Tam, na górze jest ścisk, zgiełk i impreza! Orgia na Orionie. Wir i antywir. Kosmiczny pornol.

dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…

kot powiedział

Zepsiaczeniu należy się przeciwstawiać ewrydej. Czym jest zepsiaczenie? Otóż, jest ono prymordialnym wyciem bez dźwięku. Wzrokiem, który bezustannie panoptikuje nieruchomymi ślepiami za naszymi plecami,  po kuchni. Ślinotokiem. Machającym ogonkiem. Podajłapskiem.  Darmozjadem. Przyjacielem. Dudusiem. Zepsiaczenie czyha na nas na każdym kroku. W szkołach, fabrykach, środkach transportu,  zagrodach,  dziełach sztuki,  galeriach handlowych. W naszych i waszych niskich progach. W wysokich dawkach. W sieci. W łóżku! To już zakrawa na podłe zaszczucie.  Kot to powiedział, że pies to najlepszy przyjaciel miski człowieka? Miaaał rację.

Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście skopali ziemię milionami stóp, aż zawyje z bólu.

Mnożymy się i niechętnie dzielimy. Częściej stąpamy po ziemi prawą nogą. Z tego powodu kręcimy się w kółko i koniec końców, tak czy siak, zawsze znajdujemy się w punkcie wyjścia. Stajemy przed lustrami i przystrajamy się do ceremonii duplikacji. Tworzymy klony. Owulujemy. Siejemy ziarenka. Pryskamy feromonami. Łapiemy okazję. Ejakulujemy. Kopiujemy kopulując radośnie.   Kiedyś chciałam mieć dziecko. Własne, okrągłe i miękkie.
Do przytulania. Mogłoby pachnieć zielonymi jabłkami, które wczesnym latem spadają z jabłoni nie wiedząc, co będzie dalej.

‚Jestem jabłkiem, co zaraz spadnie.
Czy umrę zanim dotknę ziemi?
Czy żyć będę tocząc się w trawie?’

Wolałabym, żeby moje dziecko pachniało mąką i orzechami laskowymi. Byłoby wtedy zdrowe, jak bochenek żytniego chleba na zakwasie. Położyłabym je na koronkowej, bawełnianej serwecie pośrodku solidnego, dębowego stołu w mojej prowansalskiej kuchni. Przez okno wpadałyby ciepłe, złociste promienie słońca. Dziecko drzemałoby w ciszy i spokoju. Opodal, na kamiennej posadzce spałby stary kot i stałby wiklinowy kosz z warzywami, które właśnie przyniosłabym z ogrodu. ‚Piękne pomidory mamy tego roku.’  Powiedziałabym do dziecka śpiącego snem makówki. To z pewnością dlatego, że opryskałam je matczynym mlekiem zawczasu. Ani jednej mszycy. Cukinie za to zawsze się udają bez większego trudu. Co roku, pęcznieją bezmyślnie u nasady kielichowatego, żółtego kwiatu, leżącego leniwie w trawie. Kolejny sezon nie plewię grządki zielonych głuptasów. I tak rosną bez umiaru, nic nie wiedząc o gwiazdach, bezsensie życia i sensie umierania. Kończą w ciężkim, emaliowanym rondlu, usztywnione ryżowym farszem zamiast kręgosłupa i  taplają się nierozumnie w ciepłym sosie własnym do końca. Moje dziecko byłoby dobre. Karmiłoby mnie wypieczoną, postempiryczną skórką i miąższem mądrości z czasów, które sięgają początków i końca świata. Przecież po to właśnie robimy dzieci. Żeby wgryźć się w piętkę wszechwiedzącego chleba, pociumkać miąższ, aż stanie się słodszy niż miód. Rozsiąść się przy suto zastawionym stole. Jeść bez umiaru. Trawić, trawić, zasnąć, śnić. Rozkraczyć się nad czasem w pełnym szpagacie. Jak prebioniczna gimnastyczka rumuńska, antecyberpływaczka enerdowska, antracytowa chmura gradowa, pandemokracja naftowa, ledowa żarówka wiekuista, most zwodzony nad mgławicami. Sięgnąć nieskończoności. Poczuć wiatr pod skrzydłami.  Latam często niewygodnymi Boeingami 737 mojego, ulubionego z braku laku przewoźnika Paupair.  Tani, bez udogodnień, ale zawsze dolatujący na czas.  Lata się z Paupair, jak w brzuchu włączonego telewizora. Kanały wariują, zmieniając się same i nikt nie wie, gdzie jest pilot. Teraz leci blok reklamowy. Dźwięczny głos damski zachwala papierosy bez dymu. Dym bez ognia. Perfumy, bilety autokarowe do centrum za małe pieniądze i losy zdrap&zdrap, dzięki zakupowi których wspierasz fundacje  ratujące  dzieci, w naszym kraju oraz poza jego granicami. Zaraz wjadą potrawy odgrzewane. To chyba już program kulinarny.  Kolejka starych wyg napowietrznych, zwykle ustawia się do wyjścia z gejtu na pół godziny przed czasem i na dany sygnał energicznie wskakuje do autobusu podwożącego nas pod wąskokadłubowego pterodaktyla średniego zasięgu. Przez szyby autobusu obserwuję, jak z otworu leżącego tuż przy dziobie wypełza jęzor. Drugi, nieco większy chwilę potem podjeżdża od zadu. Chmura pasażerów, ciężka jak cumulus zapowiadający opady  bezpardonowo wspina się po pierwszym jęzorze do drzwi, po czym wyczynowym biegiem pokonuje zaledwie kilka metrów wąskiego korytarza, jakie dzielą ją od sześciu, najwygodniejszych miejsc w samolocie. Trzydzieści dziewięć metrów i zaledwie sześć miejsc godnych sprintu! Na skrzydłach. Reszta nieudaczników siada, gdzie popadnie. Przez resztę lotu masuje odrętwiałe kolana wdychając wyziewy latającej kuchni i wsłuchując się w odgłosy dobiegające z toalety. Raz, za namową wybrednego współpodróżnika wygrałam drugie miejsce w biegu o fotel z dodatkową przestrzenią na rozprostowanie nóg. Wygodnie, nie powiem. Od razu czuje się przedsmak sofistykacji pierwszej klasy. Stewardessy zakończyły choreografię ‚Staying alive just a little bit longer’ pełnym uśmiechem i zapięliśmy pasy. Mogliśmy nareszcie przejść do fazy lotu właściwego.  ‚Dis iz jor risponsibility tu ołpen dis dor tu sejw de pasandżers. Ju anderstand? Ju mast pul de triger. Ałer lajf dipend on ju.’ Stewardessa uczepiła się zagłówka mojego fotela dłonią o perfekcyjnie utrzymanych tipsach. Nachylona nade mną, przypominała drapieżne ptaszysko, trzymające w szponach grzbiet polnego gryzonia, majtającego chaotycznie łapkami w panice i powietrzu. ‚Coś nie tak myszko? Przecież to twoja, jedyna i ostatnia szansa spełnienia marzeń. Wszystkie nieloty śnią o lataniu.’  Prześwietlała mnie wzrokiem na wskroś, niczym promieniami rentgenowskimi. Widziała mnie od środka nagą, różowo-krwistą. Pomiędzy żebrami prześwitywała mi autentyczna niepewność i szczere zakłopotanie. Mimo to, cięła moją skórę niewidzialnym, laserowym biczem osadzonym na nierdzewnej rękojeści. Wskazywała palcem na coś, co miało się znajdować po mojej, prawej stronie, w ścianie samolotu. Jak to ‚maj responsability’? Jaki ‚triger’? ‚Ju min, łindoł?’ Zapytałam grzecznie, wypluwając powybijane szponiastą łapą przednie zęby na chusteczkę higieniczną  i dyskretnie wsuwając ją do kieszeni modnego w tym sezonie żakietu w deseń kalejdoskopicznie symetryczny do oczopląsu.
Nie window, tylko emerdzency egzyt ty, faszonowa debilko.’
Byłam pewna, że właśnie to jasne, jak szlag zdanie wycedziły zaciśnięte usta stewardessy wymachującej siejącym śmierć i strach przed śmiercią, błękitnym biczem. Zawsze to samo. Pchają się na oślep na skrzydła, a potem woda w gębę, dżizys…   Latać. Fruwać. Wznieść się nad przeciętność. I opaść z deszczem na ziemię pozwalając rosnąć lasom tropikalnym. Żebyśmy mogli pociąć stuletnie drzewa na równe deski. Zbudować sobie taras. Usiąść wygodnie w fotelu z iroko, teaku, bangkirai lub merbau.
I podziwiać ogródek ze stojącą pod jabłonią piaskownicą w kształcie plastikowego żółwia, w której zasadzamy dziecko, jak marchew. Marchew rośnie prosta i piękna wyłącznie w piachu. Żółw jest odwiecznym strażnikiem dziecka. ‚Hoduję marchwiowe dziecko. Dokonałam najważniejszego odkrycia w historii cywilizacji ziemskich. Pchnęłam technologię przetrwania o miliony lat świetlnych w przód. Wzięłam w cugi kultury prostacką naturę. Hoduję w piachu, więc jestem. Przede mną nikt na to nie wpadł. Po mnie, nikt i nic się nie liczy.’ Dziecko upiększa mój ogródek i wypełnia sensem moje życie. Niweluje efekty depresji dwubiegunowej. Jest organicznie rozkładalne i nie zatruwa wód gruntowych. No , chyba nie zatruwa. Nigdy nie możemy do końca wierzyć etykietom na produktach w sklepach ze zdrową żywnością. Ostatnia dyskusja o przepiórczych jajach powaliła mnie na kolana i do dziś chodzę w kucki przed witryną sklepiku Gaya, mieszczącego się przy eleganckim bulwarze w centrum miasta. ‚Nie mamy jajek. Bo nie mamy. Za to mamy soczki z Ameryki Południowej, owoce z Afryki Zachodniej i pestki z dyni ze Słowacji.‚ A przepiórki? Co przepiórki? Wszyscy mają w nosie przepiórki i krew przepiórek na dłoniach. Nikt z nas nie wie, że przepiórki spędzają całe, swoje życie w zamknięciu i niewoli. Znoszą w więzieniu zdrowe, pstrokate jajeczka, którymi karmimy dziecko. Przepiórki wpatrzone w błękit nieba  nie wiedzą, dlaczego samoloty latają i nie mają pojęcia, że w samolotach  siedzą z wyprostowanymi giczołami fashionistki,  od których zależy przeżycie prawie dwustu naraz, niewinnych nielotów. Dziecko jest dowodem osobistym  na ‚kupuj odpowiedzialnie’. Każdy, kto posiada dziecko, wie czym jest dobro i nie czyni zła. No, już dobrze, dobrze. Przypuśćmy, że niektórym wychodzi średnio robienie, hodowanie i wypuszczanie na wolność dzieci. Jesteśmy tylko ludźmi. Doskonałymi  tworami kreacji. Możemy się czasem mylić, błądzić po omacku, dać się wciągnąć bagnu  ignorancji po pachy, ale jeśli już mamy dziecko pod ręką, możemy się nim posłużyć do wyostrzenia obrazu świata. W najbardziej beznadziejnej sytuacji możemy sobie jakoś pomóc, nieprawdaż? By lepiej zrozumieć geopolityczny układ scalony wystarczy spojrzeć na świat przez dziecko przeźroczyste i  dwuwypukłe. Wszystko staje się wtedy proste i aż kłuje w oczy. Największą frajdę mają ci, którzy posiadają dziecko pryzmatyczne, rozszczepiające światło białe na obłędne kolory. Wtedy jest dopiero pięknie. Kolorowo i wesoło.  Ale pieniędzy mało.
Dziecko półprzeźroczyste, uwaga, dopuszczam możliwość zastosowania dziecka nieprzepuszczalnego i matowego, przydatne jest w przypadkach niepewnych inwestycji, kontekście przetargów z licytacją oraz kompleksowych szantażach.  Tak czy inaczej, z popłakiwaniem czy bez, trzeba się ociupinę znać na marketingu i zarządzaniu, żeby coś z tego wyszło.
‚Przecież robię to wszystko wyłącznie dla Ciebie, ty niewdzięczny bachorze. Wykapany ojciec. Nie, nie chcę, o tym teraz rozmawiać. W coś Cię ubrać trzeba i  napchać ten, wiecznie pusty brzuszek.’  Pierwsze słowo, jakiego uczy się dziecko to ‘nie!’ Mama, mówi, ‘nie’. Tata mówi, ‘nie’. Babcia mówi ‘nmie’ na wydechu, przytrzymując wargami niedopasowaną, sztuczną szczękę w równie niedopasowanym uśmiechu. Dziadzio nie żyje. Dziecko mówi bez zrozumienia ‚nienienienienie’, albo jeśli jest chłopcem jeszcze nie mówi. Życie dziecka toczy się wokół prostych funkcji fizjologicznych. Amam, kaka, pipi i całuski. Miłość macierzyńska zamknięta jest w słoiczku na hermetyczną pokrywkę. Służy do karmienia dziecka. Wypełnia Okrągłemu Łebkowi usta papką o słodko-słonym smaku. Brzuszek napina się. ‘Kupkę?’ ‘Siusiu?’. Za późno mamusiu. Masz dwa w jednym. Guano na pampersie. Serce matki. Purée z marchwi.

Dziś moje dziecko byłoby starsze ode mnie. Nie rozpoznałoby mojej twarzy w tłumie. Nie pamiętałoby już smaku mojego mleka. Nie mogłoby sobie przypomnieć, czy byłam dobrą, czy złą matką. Ja i tak wiem, że gdybym je miała, zrobiłabym swoje.  Wychowałabym je na autorytarnego egoistę. Na zadbaną, sprzedajną dziwkę. Myślę, że byłoby szczęśliwe.

przyśpiewka w języku niemęskim

Wolna dziś od zamążbrania, zamążbycia, zamążtrwania, jużem prawie zapomniała, żem ja kiedyś męża brała.

Urząd stanu nieważkości. Pociąg do osobliwości. To ostatnia stacja. Teraz wszyscy won! Żegnam miłych gości. Longue vie a vous, M’sieur Newton. Mam naleciałości za sprawą miłości. Jeszcze gdzieś tam w rowie leży, pierze brudnobiałe. Po tej pannie młodej, po tym dniu magicznym, tiulu nylonowym, mężu zagranicznym. Męża wzięłam miękkiego. Dosłownie zza miedzy. Pochodzenia swojskiego i chłonnego wiedzy.  Studia podjął, potem rzucił. Pracę stracił lub wykluczył. Ksiunski cytał. Pluł i łapał. Za dnia ziewał.  Bez sen chrapał.  Fakt, drań nie pił. Nie balował. W domu siedział i bublował. Prasę czytał, wiersze pisał. Aspirynę z kawą miszał. ‚Miszał’ go sąsiedzi zwali, gdy łyżeczką w kubek walił. Na anioł bezpański. Na cukier z buraka, Na urok słowiański. Na dumę Polaka.

Szarlatan i galant. Styl europejski. W kant zaprasowany. Niezapracowany. Od rana do nocy tkwił w szponach niemocy. ‚Brak wiary w człowieka.  Recesja i zdrada. Bezguście i kicz. Jak żyć?  Jak żyć? Ja tu łodygoschnę, a ty taka beznamiętna. Słowotwórczo supełkuję! A ty taka bezmantryczna.  Nieponętna. Tu n’piges pas,  kobieta? Jam przeklętokleta!’

Wolna dziś od zamążbrania, zamążbycia, zamążtrwania, jużem prawie zapomniała, żem ja kiedyś męża brała.

Urząd stanu nieważkości.  Pociąg do osobliwości. To ostatnia stacja. Teraz wszyscy won! Żegnamy miłych gości. Longue vie a vous, M’sieur Newton. A ludzie mawiają, że baba bez chłopa jest, jak pusta szopa. Gacie bez rozporka. Partykuła goła, jak grzywka bez czoła. Placek bez zakalca. Paznokieć bez palca. A ludzie mawiają, że facet bez żony to dąb bez korony. Bez kory, pień chory. Że samopas chłopie jest, jak Hameryka. Chamska republika hejjjjjjjjjjjjjjjjjjj! Gdzieś w cichej dolinie, czas niemrawo płynie. Chmury kłębią górą, a  ludzie doliną. I na próżno łyżka o rant kubka stuka. Na anioł słowiański. Na cukier z Polaka. Na urok bezpański. Na dumę buraka.

Pociągnij z gwinta namiętności, mała.

Będzie bita śmietana z rodzynkami, galaretka tęczowa, koktail borówkowy i torcik Marcello.’ Mam siedem lat bez trzech miesięcy i jestem jeszcze dzieckiem. Sterczę z mamą i młodszą siostrą od pół godziny w kolejce w koktajlbarze na Krupówkach i bolą mnie nogi. Na zewnątrz jest ciemno. Trzecia dwadzieścia po południu, grudzień roku, w którym istniał jeszcze Nasz Koktajlbar, Kmicic i zegarmistrz, sprzedający zegary z kukułką po przeciwległej stronie ulicy. Zegary zawieszone w witrynie sklepiku zegarmistrza fascynowały mnie od lat, bez względu na porę roku. Za każdym razem, gdy szłam na rurkę z kremem, sprzedawaną z wózka ulicznego, podobnego do wozidła na krakowskie bajgle, zatrzymywałam się zahipnotyzowana przed spektaklem kukułek. Guignol, Pantaleone, Punch and Judy mogły się schować przy drewnianych, cudnie malowanych kukułkach, wysuwających się z okienek kilkunastu zegarów naraz i chowających się frenetycznie po wykukaniu się na amen. Szczęka najpierw opadała mi z zachwytu, później zaciskała się na chrupiącej rurce z kremem. Rurka tryskała bitą śmietaną brudząc mi bródkę i czarne, jak świętoziem dłonie, którymi jeszcze godzinę temu grzebałam w żużlu na podjeździe warsztatu samochodowego mojego dziadka. Kukułki znikały za zatrzaskującymi się za nimi mikroskopijnymi okienniczkami, a ja nieruchomiałam w niemocy i  rozkoszy. Każdego lata żużel z podjazdu nie tylko fajdał moje ręce do łokci i smolił przód ubranek. Któregoś lata podziurawił mi obydwa kolana i zdarł pół twarzy. Bolało, jak cholera. Babcia wykąpała mnie w Gencjanie i byłam fioletowa przez dwa miesiące wakacji. Bolało, jak cholera. Minek był moim kuzynem i miał kumpla. Lokalnego chłopaka o nigdy nie wyczesywanej, słomiano-żółtej czuprynie oraz niehomologowanej, największej w południowej Polsce ludowej kolekcji pudełek po zapałkach i opakowań po papierosach. Kolekcja zajmowała liczne półki w jego pokoju i wywarła na mnie ogromne wrażenie, w dniu gdy Minek zaprowadził mnie po raz pierwszy do swojego kumpla. Chłopcy byli prawie w tym samym wieku. Ja byłam od nich młodsza o wystarczająco tyle, żeby szwendać się za nimi wykonując dwa razy więcej kroków, żeby nie stracić drani z oczu. Podobnie do mnie, Minek spędzał każde wakacje u dziadków. Biegaliśmy razem po łąkach, chodziliśmy na borówki na Gubałówkę i rzeźbiliśmy płaskostwory w kaczym mydle. Kacze mydło, to miękki kamyk mieszkający w zimnej wodzie. Szary łupek pieniący się przy potarciu o inny kamyk. Kacze mydło musiało być regularnie moczone, żeby się pieniło. Dlatego większość czasu spędzaliśmy nad potokiem. Od tarcia, kruszenia i moczenia, kamyki stawały się prostymi w formie płaskorzeźbami. Najczęściej rzeźbiłam twarze powykręcane grymasami, które zawsze zostawiałam nad potokiem. Minek rzeźbił kamienie. Godzinami obrabiał z pasją okrągłe kamyki, tak aby wyglądały smuklej i bardziej wrzecionowato. Zawsze zabierał je ze sobą do domu, za co dostawał niezłą burę od babci. ‚Nie przynoś mi do domu kamieni! Ile razy mam powtarzać? Jeszcze sprowadzisz na nas nieszczęście.’ Ciekawe, czy babcia sprałaby Minka na kwaśne jabłko, gdyby przyniósł do domu kawałek diamentu, szafiru czy grudę złota, znalezioną na dnie potoku Młyniska? Wielką frajdę sprawiało mi wyobrażanie sobie  przerażonej miny homo zakopanis zakopanis, przechodzącego przez kładkę nad wodą, gdy patrząc od niechcenia w kamienne koryto potoku nagle zauważał powykręcane, szare gęby. Tak bardzo chciałam zobaczyć   na własne oczy efekt swobodnej ekspozycji mojej twórczości artystycznej na proces rozwoju osobowości człowieka z ulicy Kasprusie, wzbogacania doznań estetycznych człowieka na kładce prowadzącej na tyły sekcji przyrodniczej Muzeum Tatrzańskiego  i wzbudzania w nim głębszych emocji! Podobne  motywy pokierowały mną pewnej zimy, gdy namówiłam moją, młodszą siostrę do ulepienia bałwana na zaśnieżonym skwerze w pełnym centrum Zakopanego. ‚Patti, postawimy tu sracz!’ I ulepiłyśmy, uwijając się przed podwieczorkiem nadnaturalnej wielkości muszlę klozetową. Z deską i spłuczką! Elegancja-Francja.  Mam w wielkim poważaniu sztukę abstrakcyjną. Potrafię godzinami wpatrywać się w obraz o niczym, zbudowany z plam i rytmu. Wlepiam wzrok i czuję, jak błogość rozgrzewa moje rozluźnione kończyny. Obcowanie z dziełem sztuki wykonanym w technice color fieldu wzmaga produkcję oksytocyny w moim mózgu i twardnieją mi sutki. Zaczynam szczerze kochać ten prostokąt zagruntowanego płótna, naciągniętego na krosno. Harmonijna gra warstw kolorowej farby pod satynowym werniksem doprowadza mnie do stanu gęsioskórki. Mam podobne doznania słuchając dobrej muzyki jazzowej. Jak określiłabym dobry kawałek? To ten, do którego twoje narządy wewnętrzne zatańczyłyby kankana na stole, zrzucając z siebie wprawnym gestem strip-teaserki otrzewną. Dlaczego w takim razie w korze drzew zawsze widzę Bitwę pod Issos Altdorfera, a w szarym kamyku nad potokiem, powykręcaną gębę?

Mam nieco po  trzydziestce i stoję pośrodku pięknej, górskiej łąki leżącej w Pirenejach. Łąka pachnie pełnią lipca. Jeszcze moment nieuwagi i zapadnie wieczór.

Widziałaś? Na La Prade, pośrodku potoku? Ktoś miał niezły tupet. Uprawiał tam czarną magię. Coś trzeba będzie z tym zrobić. Jeszcze sprowadzi na nas nieszczęście.’ Louis, pasterz-poeta, lewicujący post-hippis, znany aktywista w walce o zachowanie dofinansowania ze środków europejskich hodowli w tak trudnym środowisku górskim oraz równowagi w naturze miał pięćdziesiąt lat, umorusane gumiaki marki Aigle, zwisające na jego szczupłych biodrach, nieprane od tygodni jeansy cuchnące amoniakiem i lanoliną, wygaszonego, własnoręcznie skręconego peta przyklejonego do palców prawej dłoni i cudnego psa marki border collie o imieniu Free. Pies o błękitnych oczach i powłóczystej, czarno-białej, jedwabistej sierści został ochrzczony jednosylabowym świstem w hołdzie dla najlepszej w historii brytyjskiego progrocka formacji o tej samej nazwie. Istniała również mniej progresywna, nieoficjalna etymologia imienia Free. Louis świetnie gwizdał, jak na pasterza przystało. Kiedy psiak był jeszcze bardzo mały i nie miał imienia, Louis zagwizdał na owce, które pasły się opodal owczarni. ‚Fffffrrriiii’ na dwóch palcach poniosło się w dolinie echem, owce zeszły truchtem ze stromej łąki, a szczeniak przybiegł merdając ogonem. I tak już zostało. La Prade, to nazwa rozległej łąki w górskiej dolinie. Najcenniejszy kawałek gruntu, o który daliby się pozabijać, a potem śmiertelnie trafieni w serce cipuagą, pozabijaliby na śmierć górali górale. To idealne pastwisko dla owiec, kóz, krów i koni. W górach, płaskotrawsko zawsze było na wagę złota. La Prade to idealne pastwisko dla miastowych. Camping La Prade. La Prade, prywatne lądowisko dla helikopterów. Tor do go-kartów, La Prade. Heja,  nikczemnicy, twarde sztuki i maturzyści, zabierzcie się wszyscy dziś w nocy na La Prade. Będzie zajebisty rave party. Nikomu nie mów i prześlij dalej. Nasza La Prade, na początku XXI wieku nadal pozostawała w gestii gminy i pasły się na niej krowy. Szeroki i płytki potok o identycznej nazwie przecinał łąkę na dwa nierówne wielkością i kształtem, zielone płuca. Po jednej stronie rosły gigantyczne paprocie i trawa, po drugiej gigantyczne paprocie, trawa i stare jabłonie. Jesienią, drzewa rodziły małe, rumiane jabłka, którymi dzikie świnie i ja upijaliśmy się, jak cydrem. Nie widziałam. Poszłam sprawdzić. Dzień dogasał, gdy w końcu znalazłam się nad brzegiem potoku. Wszystko było takie samo, jak zawsze, a jednocześnie trochę odmienione. Krowie placki, którymi usiana była polana, co do joty imitowały ogrodowe pas japonais i prowadziły najkrótszą ścieżką do miejsca wodopoju. Skrzętnie omijałam jeden po drugim, jednocześnie idąc śladami krów. Na każdym placku krzątały się granatowo-czarne żuki. Ostatnie miny przeciw piechocie spacerującej rozpływały się w wodzie. Zgraja maleńkich rybek kłębiła się przy brzegu. Stabilizowały swoją pozycję pod prąd wachlując bez ustanku płetwami, jak skrzydłami. Wyglądały, jak wodne, srebrne kolibry z otwartymi na oścież gębami i łapczywie zasysały rozwodnioną, brunatną smugę soli mineralnych i kału.  Les goujons‚ pomyślałam po francusku. Z przyjemnością obserwowałam przez chwilę te, sympatyczne rybeńki mylnie brane przez kompletnych ignorantów w kwestii wędkarstwa za młode pstrągi, a przez nieco bardziej oświeconych mylone z młodymi brzanami. Słońce jeszcze nie chyliło się ku zachodowi, ale nie było już widoczne spoza łańcucha górskiego. Podniosłam wzrok spod powierzchni wody i ujrzałam totem. Ponad dwumetrowy drewniany badyl stał pośrodku nurtu. Wciśnięty w podwodny sabot z kamieni zachowywał pion. ‚Hmm…’ pomyślałam w byle jakim języku. Badyl wyglądał na z grubsza ociosany. Był szerszy u nasady taplającej się w wodzie i zwężał się ku górze. Czubek totemu był zaokrąglony i wypolerowany. Tuż pod czubkiem widać było delikatny zarys koloratki. Z pewnością wycięty kozikiem, sugerował za pomocą niechlujnych nacięć niby-kapturek. Na pierwszy rzut oka było widać, że rzeźbiarz miał coś na myśli, ale przegrał z twardym drewnem. ‚Marny Kanamara Matsuri’ powiedziłam na głos w dwóch językach naraz. ‚Connemara? To znaczy, że komuś zachciało się celtyckich wygłupów?U nas to nie przejdzie. Tu jest Oksytania, psiakrew.’ Zaprotestował głos zza moich pleców. Free obsikał konar jabłoni leżący na brzegu potoku i wszedł do wody. ‚Muszę już iść.’ Pożegnałam się i ruszyłam w kierunku wsi. Free szczekał, jak opętany, gdy pasterz Louis wyrywał totem z kamiennego stosu i tachał go na brzeg. Zwolniłam nieco mój dynamiczny marsz  w ciemność i odwróciłam się dyskretnie. W półmroku Louis lał na mokry, drewniany drągal, pojękując. Przyspieszyłam i wkrótce La Prade zniknęła za zakrętem.

Wyczyściłam moim, najdłuższym palcem salaterkę po bitej śmietanie i wyciągnęłam go przed nosem mojej siostry. ‚Tak się nie robi przy ludziach!’ mama kopnęła mnie pod drewnianym stołem Naszego Koktailbaru, nie przerywając dyskusji o życiu ze starą, dobrą znajomą, która dołączyła do nas siorbiąc przez rurkę koktail bananowy. Już od dłuższego czasu, moja kilkuletnia siostrzyczka wpatrywała się najbardziej chabrowymi na Podhalu oczkami w trójkolorową, galaretkę tęczową. W tamtych czasach tęcza cukiernicza składała się wyłącznie  z trzech pasemek żelatyny z cukrem i flawoksantyną, rubiksantyną i podejrzanym E104. Indygotyna i sine ametysty nie należały do barw kuchni swojskiej. Widziłaś? To Baśka Hejnalistka. Ma tupet tu przychodzić. Pewnie relaksuje się przed nocną zmianą.’ Zaśmiała się demonicznie dobra znajoma mamy. Była świetna w śmiechu demonicznym. Wielokrotnie próbowałam podrobić jej teatralny, pełen kontrolowanej wzgardy śmiech, gdy babcia stawiała przede mną talerz słonej owsianki. ‚Owies jest dobry dla koni’, rżałam pogardliwie, widząc się do góry nogami w wielkiej łyżce z alpaki. ‚Przestań fukać i wcinaj.’ Nigdy nie zabrzmiałam przekonująco.  Nie wiedziałam wtedy, że naprawdę demonicznie mogła się śmiać tylko prawdziwa kochanica Mefistofallusa. Słyszałam ją nieraz, jak wirtuozersko dozowała płytki i pogardliwy wydech przez nos, bez otwierania ust. ‚Tu są matki z dziećmi! Kurwa. Niezłe ma te norki.’ Parsknęła wulgarnie dobra znajoma mamy, mierząc od stóp do głów eleganckie norki zarzucone na ramiona kobiety około trzydziestki o mocnym makijażu, wysokich botkach, jasnych lokach z widocznym odrostem i obcisłej kiecce w lamparta. Pomyślałam, że była to jedna z pań-muzyków, jak zresztą większość znajomych mamy. Uśmiechnęłam się zatem do Baśki Hejnalistki, wyobrażając ją sobie bez trudu, grającą na trąbce na wieży kościoła Mariackiego. ‚To musi być męczące, tak co godzinę dmuchać. I to przez cały dzień! No, nie mamo? ‚ Zapytałam multi-instrumentaliskę, znawczynię folkloru ziem górskich i uznaną nauczycielkę solfeżu. Dobra znajoma mamy oniemiała. Baśka Hejnalistka zamówiła krem sułtański, banana po kubańsku, kawę z koniakiem i usiadła przy stoliku z widokiem na zapadającą na Krupówki noc grudniową. Przestaniesz wreszcie bawić się galaretką! Wychodzimy. Można oszaleć z tymi dziećmi.’ Patti rozpłakała się i wróciłyśmy do domu przez marnie oświetlony park miejski, pospiesznie mijając zastygły z zimna pomnik bohaterów Armii Czerwonej z dwoma działami przeciwpancernymi 45mm, model 1942. Pioktaninowe lato płynęło spokojnie. Spływało górskimi dolinami do morza. Snopki siana pachniały końskim łajnem. A może było odwrotnie? Wciągałam nosem oba aromaty z równą przyjemnością. Dopełniały się według mnie perfekcyjnie i budowały odurzający  bukiet prawdziwej wolności. Chłopcy coraz częściej znikali w dziurze w płocie, prowadzącej do domu kumpla Minka. ‚Matoły.’ Pomyślałam z wyrozumiałością siedząc w samotności nad wartkim potokiem, okraszonym tu i ówdzie rzadkim okazem pięknej opony od Ursusa. W górach na nic zdawały się ciągniki. Ze względu na niekorzystne ukształtowanie terenu, odpadały w wyścigu z końmi. Leżały na wznak kołami do góry, jak bezradne żuki  i wylewał się z nich brudny olej, cuchnąca maź z systemu hydraulicznego, płyn hamulcowy i tęczowe paliwo z nieszczelnego baku. Zdawałam sobie sprawę, że my, dziewczyny różnimy się od chłopaków. To było przecież jasne, jak słońce. Nawet czteroletnia Patti wiedziała, że chłopaki są głupie i sikają na stojąco, bo są głupie!  Pewnego, pięknego dnia tatrzańskiego uzyskałam namacalny dowód i jego potwierdzenie na głupotę chłopaków.  Dwa blado-różowe, miękkie serdelki dziewięcioletnich chłopców o wyszczotkowanych, anielskich loczkach, pakułowatej czuprynie i kompletnie tępych uśmiechach spoczywały w moich, małych, fioletowych  dłoniach, w pokoiku filumenistycznym. Wyglądały, jak śpiące gąsieniczki jedwabników. Spały. ‚I co?’ zapytał kumpel Minka. ‚Nic.’ Odparłam znudzona. ‚Brzydkie.’